wtorek, 30 lipca 2013

Rozdział dziewiąty.


Niski jegomość siedział właśnie  w dużym, pokrytym pluszem fotelu, leniwie sącząc afrykańską herbatę z bogato zdobionej, luksusowej filiżanki, przypatrując się ze swojego miejsca zdjęciom na ścianie, kiedy za oknem rozległ się cichy stuk i słaby błysk. Mężczyzna westchnął ciężko i upił kolejny łyk napoju. Za drzwiami rozległo się delikatne stukanie. Nie poruszył się. Stukanie rozległo się ponownie. Kolejny łyk herbaty. Znowu stukanie. Tym razem bardziej natarczywe. Mężczyzna odłożył filiżankę. Po chwili sięgnął po ciasteczko. Nikt nie zastukał. Postać pojawiła się w salonie bezszelestnie. Wysoki, szczupły mężczyzna, w w gustownej szacie. Z długą brodą bardziej siwych już niż brązowych włosów. Oczy jednak miał tej samej barwy co zawsze. Duże, błyszczące, niebieskie tęczówki wpatrywały się w niego pytająco zza szkieł okularów.
-Witaj, Horacy - powiedział przybysz spokojnym, profesorskim tonem.
Mężczyzna przewrócił oczami i, niczym rozkapryszone dziecko uparcie wpatrywał się w wiszące na ścianie zdjęcia. Jego pulchną, bladą twarz pokrył lekki rumieniec. Warga lekko mu drżała. W końcu mężczyzna przemógł się i wymamrotał, wciąż z twarzą skierowaną ku ścianie:
-Witaj, Albusie. Miło Cię znowu widzieć. Żegnaj Albusie.
Przybysz zachichotał. Był to dziwnie radosny dźwięk jak na statecznego dyrektora znanej Szkoły Magii i Czarodziejstwa.
-Długo się nie widzieliśmy. Żal by było przepuścić taką okazję i nie pogawędzić.
-Nie mamy o czym - burknął Horacy.
-Doprawdy? - spytał przybysz. W jego głosie słychać było napięcie.
-Doprawdy Albusie. Nie mam kontaktu już ...z Tomem. Tyle. Nie rozumiem czemu ciągle drążysz ten temat kiedy...
-Nie o tym chcę rozmawiać. - przerwał Dumbledore. -Byłoby dobrze znać zamiary Toma ale cóż. Nic nie poradzimy, że słuch o nim zaginął. Źle zaczęliśmy tę rozmowę przyjacielu. Co tam u ciebie , stary druhu?- spytał radośnie. Horacy wjechał głębiej w fotel. Przeczuwał już co będzie dalej. Jęknął słabo i trzęsącymi się dłońmi chwycił za stojącą obok filiżankę. Napój był już zimny i niedobry.
-D-dobrze, radzę sobie jakoś... Emerytura .. bardzo mi służy. Dobrze mieć czas wolny. Rozumiesz. Zero uczniów. Zero egzaminów, pergaminów,zero wypracowań, stopni, gwaru. Idylla Albusie. Nie zamieniłbym tego za nic innego. - Horacy starał się jak najdobitniej przekazać Dumbledorowi, że nie jest chętny do powrotu w szeregi profesorów Hogwartu. Wiedział, że skoro Albus nie przyszedł pytać o Toma to może być tylko jeden powód jego wizyty. A on postanowił dobitnie dać sobie spokój z nauczaniem. Kłopoty, które wciąż się za nim ciągnęły bardzo były mu nie na rękę. Od makabrycznych wydarzeń w Hogwarcie minęło już parę lat ale mimo wszystko wciąż słyszał szepty...pytania. Ostatnio znowu dostał list z Ministerstwa. Kolejne przesłuchanie przed Radą.
-A wiesz, że w tym roku mamy wyjątkowo zdolnych uczniów? Parę z nich ma naprawdę duży talent. Pod okiem takiego profesora... - Dumbledore spojrzał na niego z uśmiechem. Slughorn nie odpowiedział. Malutka żyłka na czole drgała w rytm przyspieszonego pulsu.
- Robert Denislow zdobył najwyższą średnią w tym roku, ma talent..wiesz po ojcu. Tym słynnym..a cóż ja ci będę mówił doskonale przecież go znasz. Jeden z twoich najlepszych absolwentów. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Albus Dumbledore uśmiechnął się w duchu. Siedzący bokiem do niego Slughorn wiercił się na krześle pod wpływem jego słów.
-Jest też córka Anette Rice.. równie utalentowana co jej wuj, pamiętasz...
Na czole mężczyzny wystąpiły kropelki  potu. Skręcał się wręcz siedząc w swym pluszowym fotelu. Usilnie ćwicząc swoją wolę.
-Wiesz też, o przepowiedni,prawda?
Horacy przestał się ruszać na krześle.
-Tej przepowiedni? -spytał. Jego głos zabrzmiał piskliwie w cichym pokoju. Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
-Wiesz, że czas nadchodzi. Słyszałeś doniesienia. Zło się zbliża.
-I oczekujesz, że..co? Co Albusie? Czego ty chcesz ode mnie?
-Pomocy. Zło wyrządzone da się naprawić. Trzeba wierzyć.- Z okolic fotela dobiegło prychnięcie.
- Chcesz mnie wrobić w poczucie winy? Bo nie dopilnowałem paru spraw? Bo poniosły mnie ambicje?Mam uczyć więc twoich uczniów w ramach zadośćuczynienia? - mężczyzna złapał się za głowę pociągając za swoje brązowe włosy.
-Do końca życia będzie mnie prześladować ta sprawa Albusie. Nigdy jej nie zapomnę. Ale to nie fair . Naprawdę nie fair. Tylko dlatego,  że brakuje profesorów..
-Nie brakuje. Potrzebuję ciebie.
-Dlaczego?
-Bo jesteś ekspertem od eliksirów.
-To niczego nie zmienia. Straciłem już swoją wiarę w uczniów Albusie.
***
Wysoki blondyn w czarnej bluzie po raz kolejny odgarnął drażniącą, przydługą , spadającą mu na oczy grzywkę. Siedział przy biurku nerwowo wertując jakieś papiery. Były to stare zapiski ojca. Stęchłe, pożółkłe pergaminy, czasem poplamione albo nadpalone. Nerwowo przebiegł wzrokiem kolejny zapis gdy jego wzrok zatrzymał się na chwilę. Młodzieniec wstrzymał oddech. Włosy ponownie opadły mu na oczy. Nie zwrócił na nie uwagi po raz kolejny wpatrując się w pochyłe pismo. Jeszcze raz. Kolejny. Czuł jakby serce przestało mu bić. Jakby czas zatrzymał się w jednym momencie gdy odkrył małą notatkę koło zdjęcia. 
-To niemożliwe- wyszeptał z wściekłością. W górę pofrunęły leżące na biurku papiery, gdy chłopak zrzucił je jednym machnięciem ręki. Rozległ się brzdęk tłuczonego szkła. kałamarz potoczył się po drewnianej podłodze wylewając na dywan swoją atramentową krew. Chłopak wsadził ręce w swoje blond włos. Głowę oparł o nagrzany blat. Pozbierał się po chwili. Wziął głęboki wdech. Przetarł twarz dłońmi i wyszedł z pokoju. Idąc korytarzem wstąpił do domowej biblioteki. Ciemnego pokoju pełnego starych dzieł wielkich magów . Nie tylko tych dobrych. Wziął do ręki dwa duże tomy. Wychodząc wrócił się po trzeci. Znajdujący się na najwyższej półce na ostatnim regale. Szybkim krokiem zszedł do piwnicy. Różdżka zalśniła mu w dłoni zapalając pochodnie w ciemnym pomieszczeniu. Koło nóg chłopaka przemknął szaroniebieski kot i otarł się na powitanie o swojego pana. Usta młodzieńca uniosły się w półuśmiechu. Bardzo tęsknił za tym miejscem. Ilekroć tu przebywał zawsze ogarniała go wielka chęć tworzenia. Tak było i tym razem. Po kolei jego ręce dotykały znajomych przedmiotów pośpiesznie układając te potrzebne. Pod kociołkiem buchnął ogień, na desce pojawiły się pierwsze składniki.Twarz blondyna rozjaśnił uśmiech zadowolenia.
-Już niedługo mały czeka nas wycieczka, wiesz?- spytał kota podwijając rękawy. Na lewej ręce, przy nadgarstku miał tatuaż. Wężowe oko z jadeitową tęczówką. 
-Czeka nas mała podróż do Hogwartu
***
Budzę się gwałtownie łykając powietrze. Moja skóra cała lepi się od potu. Wokół jest ciemno. Jest mi słabo i niedobrze. Unoszę się na poduszkach rozglądając w koło, jednak zaraz z powrotem na nie odpadam. Silnie kręci mi się w głowie. Przełykam ślinę. Uspokajam oddech i czekam aż serce przestanie mi gwałtownie bić w klatce piersiowej. Z oddali słyszę echa rozmów. Podniesione głosy. Płacz mamy. Spoglądam w okno. Na dworze panuje przejrzysta, bezchmurna noc. Przez otwarte okno przedostaje się chłodne nocne powietrze, które owiewa mi twarz chłodząc rozpaloną skórę. Nie pamiętam zbytnio jak tu trafiłam. Do swojego pokoju. Do łóżka. Słyszę kroki na schodach. Ciężkie. Zmęczone. Po chwili drzwi do mojego pokoju otwierają się z lekkim skrzypieniem rozświetlając moją sypialnie wąskim strumieniem żółtego światła. W drzwiach stoi mama. W fartuchu, trzymając w dłoniach tacę z jedzeniem.
-Oh Lily .. -szepnęła dławiącym się głosem. Wolno podeszła do mnie.
-Tak się cieszę - usiadła na brzegu mojego łóżka. Rękę przytknęła do ust. Z oczu popłynęły jej łzy.
-M-mamo ? -spytałam nieswoim głosem podenerwowana.
-Tak bardzo się martwiliśmy... - szepnęła, łapiąc mnie za rękę.
-Co się dzieje .. ? - mój głos wciąż nie brzmiał tak jak dawniej. Ochrypnięty. Drżący. Suchy.
-Wszystko będzie dobrze kochanie. Wszystko będzie dobrze...
-Mamo! Co będzie dobrze?! Co się dzieje?!
Nic nie odpowiedziała. Nachyliła się tylko. Objęła mnie trzęsącymi się ramionami i przytuliła mocno.
-Już wszystko będzie dobrze. Obudziłaś się. Mówili, że tego nie zrobisz..

czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział ósmy.

Syriusz Black po raz kolejny brał głęboki oddech. Nie trafiały do niego ostatnie wydarzenia.
-Staaaary no ! - powiedział ze zniecierpliwieniem w głosie - Chodź rzesz! Rusz ten swój tyłek sprzed tego pierkarkarnicznika i chodź na basen! - Mówiąc to zaczął popychać stojącego tyłem do niego Jamesa Pottera. Rozczochrany młodzieniec z niepokojem spoglądał przez szybę piekarnika. 
-Tylko skończę - powiedział i uśmiechnął się do siebie. Ciasto nie wyszło może najwspanialej , ale nie wyglądało też tragicznie. Przynajmniej na razie.
- Zamieniasz się w jakąś babę - mruknął naburmuszony Syriusz. W oddali rozległo się ciche pukanie do drzwi. Syriusz spojrzał wyczekująco na Jamesa, ponieważ ten jednak nie ruszył się tylko wciąż wpatrywał w pieczące się ciasto sam poszedł otworzyć drzwi. Po chwili z holu dobiegł radosny okrzyk Blacka ,zaraz po nim do uszu Pottera doszło też głośne wołanie:
-Cześć Lilcia! Nie przykro mi Jamesa nie ma w domu. Nie wybacz, tak, chory jest. Tak, obawiam się, że to coś poważnego. Stojący w drzwiach Lupin spojrzał na Blacka zdziwiony. Dopiero po chwili zrozumiał o co chodziło. Obaj z trudem tłumili śmiech. Black teatralnie głośno zamknął drzwi, ponownie się krztusząc. Z oddali dobiegł ich głośny rumor przewracanych naczyń i już po chwili, będąc wciąż w fartuchu, poprawiając na szybko włosy zjawił się w holu umazany ciastem Potter.
- Stary zabiję! Jak mogłeś powiedzieć Lil...Remus?! - spytał zdumiony. Przyjaciele nie mogli już dłużej się powstrzymać i wybuchnęli śmiechem. 
-Wzięło go, co? - spytał  Syriusza Lupin z błyskiem w oku.
-Żebyś ty to widział - powiedział kręcąc głową Syriusz. -Jeszcze trochę i nasz kumpel całkiem zdziewiczeje - powiedział ze śmiechem obejmując tkwiącego w szoku Pottera.
-Ale śmieszne - mruknął rozczochrany chłopak zdejmując z siebie ramię Syriusza. 
- Może chciałabyś się umówić na randkę - powiedział Syriusz słodkim głosikiem trzepocząc rzęsami i śmiejąc się gdy rzucona przez Pottera kuchenna rękawica śmignęła mu koło ucha. 
Po chwili wszyscy troje roześmiali się radośnie poklepując się po ramionach. Przeszli do salonu, gdzie rozsiedli się na kanapie.
-A gdzie twoi rodzice? - spytał Remus, rozglądając się dokoła. Syriusz odpowiedział radosnym śmiechem.
-Nie ma! Chata wolna - powiedział z rozmarzeniem - Tylko niestety temu tutaj coś mocno walnęło w głowę i od tygodnia zachowuje się bardziej nienormalnie niż zwykle - mruknął rozbawiony. James tylko wzruszył ramionami szczerząc się głupkowato. 
- Oj chyba muszę nadrobić zaległości - mruknął Lupin za co Black zgromił go wzrokiem.
- To ja się ewakuuję jak najdalej z stąd. - powiedział unosząc ręce do góry. 
-Baaaby wy przeklęte stworzenia, oddajcie mi przyjaciela ! -zawył i zniknął w kuchni. Remus uśmiechnął się lekko spoglądając na rozmarzonego Pottera. Może i nie zachowywał się zbyt racjonalnie, a czasem irracjonalnie, ale mimo wszystko na pewno coś czuł do Lily Evans. Miał tylko problem z właściwym okazywaniem jej tego.
-No więc? -spytał. Wiedział, ze i tak usłyszy całą historię z mnóstwem ochów i achów. To było nieuniknione. A wiedział, że lepiej od razu dać się przyjacielowi wygadać.
- Oh, nie uwierzysz.. otóż Lily miała urodziny i ... - przerwał na widok Syriusza, który przystanął przy kanapie marszcząc nos , w rękach trzymając butelki piwa.
- Staary, ja nie wiem, co ty za czary wyprawiasz z tymi mugolskimi urządzeniami, ale to coś świecącego niemiłosiernie jedzie w kuchni - mruknął siadając i podając kumplom butelki. Potter zmarszczył brwi. O co chodziło Syriuszowi.? Nale i do niego dobiegł wspomniany przez Blacka zapach.
-BABECZKI! - wrzasnął jak opętany i już go nie było.
-I tak cały czas - mruknął zrezygnowany Syriusz otwierając swoje piwo i pociągając spory łyk.
-Normalnie nie pogadasz z nim od tygodnia, bo ... jakaś przeklęta baba .. - Remus uśmiechnął się tylko lekko pociągając łyk swojego napoju.
***
Czuję, że spadam. Wokół mnie panuje całkowita ciemność a ja nieustannie przenoszę się w dół. W końcu trafiam do dziwnego pomieszczenia. Czuję się jakbym była zawieszona. Wokół rozlegają się głosy. Skrzekliwe, mroczne, śmiechy i powarkiwania. Słyszę tłuczone szkło. Czyjś rechot wbija się mi głęboko do głowy. Słyszę krzyk. Kobiecy. Nagły, przenikliwy i nagle urwany. Czuję smutek. Dokoła mnie pojawia się szary dym. Widzę wysoką postać czarodzieja w długiej szacie z groźnie wyglądającą twarzą, który szarpie za rękę zapłakaną kobietę. Po chwili dostrzegam, że nie jest to dorosła kobieta, a młoda dziewczyna. Łzy płyną wielkimi kroplami po czerwonych, pokrytych bliznami policzkach. Byłaby całkiem ładna bez tych blizn. Mężczyzna spogląda z pogardą na upadającą kobietę wymierzając jej siarczysty policzek. Dziewczyna zanosi się bezgłośnym płaczem. A może to ja nic nie słyszę? Mężczyzna cedzi słowa z odrazą. Spadają następne ciosy. Po chwili zostawia ją i odchodzi. Dziewczyna wciąż drży. Wyciągam rękę w jej stronę  ale nie widzi mnie. Kuli się na podłodze zanosząc płaczem i przyciskając ręce do brzucha. Po chwili przy kobiecie zjawia się skrzatka w brudnym kawałku materiału na sobie. Podchodzi ostrożnie do dziewczyny i wyciera je oczy brudną chustą. Dziewczyna spogląda na nią zaczerwienionymi oczami. Czuję jakąś więź z nią. Do oczu nabiegają mi łzy, kiedy skrzatka delikatnie kładzie rękę na jej brzuchu. Dziewczyna krzywi się nieznacznie. Dopiero po chwili dostrzegam coś co wcześniej mi umknęło. Na łańcuszku, tuż przy krawędzi bluzki wisi wisiorek. Mój pierścionek...

Budzę się gwałtownie chwytając oddech.

środa, 17 lipca 2013

Rozdział siódmy.

Za oknem siąpi deszcz. Duże, zimne krople obijają się o szyby ciemnych okien, spływając krzywymi strugami na spróchniałe, drewniane framugi. Drżące, skrzywione chorobą palce dotykają z wolna szyby, przejeżdżając kościstym palcem po złączeniu drewna i szkła. W niebieskich, ślepych oczach pojawia się przebłysk życia. Bezzębne usta wykrzywiają się w uśmiechu, druga ręka zaciska się na liście. Wytłoczone litery błyszczą w wieczornym świetle. Ostatnie chwile słońca. 
-Jak sądzisz jak długo ? - dobiega z ciemności młody głos. Postać przy oknie nie rusza się. Przymyka ciężkie powieki oddychając głęboko, chrapliwie. Ramiona postaci trzęsą się. Druga osoba zbliża się kładąc dłoń na ramieniu starca. Ręka zaciska się.
-Jak długo? - powtarza ostrzej. Niewidomy milcząc odwraca twarz ku oknu. Młodzieniec łapie pergamin z wytłoczonymi literami by zmiąć go po chwili. Chodzi przez chwilę w koło po małym, prawie pustym pokoju, a jego kroki niosą się echem na starej, drewnianej podłodze. Po chwili przystaje, kręcąc z niedowierzaniem głową. W szarych oczach błyszczą łzy.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś ? - pyta drżącym głosem, z nieskrywanym wyrzutem. 
-Dlaczego! - tym razem głos przechodzi w krzyk, powtarzany przez echo. Starzec nie odzywa się. 
-Wiesz, że temu dziecku należy zapewnić ochronę.. , skoro jest szansa.. - młodzieniec urywa nagle widząc groźną twarz starca.
-Nie szansa - mówi twardo, mocnym głosem, jakby nagle ubyło mu z trzydzieści lat. 
***
Na zewnątrz szaleje wichura. Okiennice obijają się o siebie na wietrze. Nie słychać nic. Niski, korpulentny człowiek spogląda z przestrachem po spowitym w ciemności pokoju w poszukiwaniu ucieczki. Biedak nie wie, że nadaremnie. A może wie? Wysoka szczupła postać wchodzi powoli, krok za krokiem do pokoju, odziana w długą, spływającą do ziemi szatę. Na ustach przybysza błąka się lekki uśmiech. 
-Szukasz mnie? - pyta cicho, przeciągając sylaby i mówiąc jakby przez zęby, prawie sycząc. Mężczyzna zrywa się jak rażony piorunem. 
-Oh daj sspokój. Okazałeś się pomocny. Teraz pomocny nie jesteś. Czas więc skończyć naszą znajomość. Nie miej do mnie urazy. Ja po prostu definitywnie...kończę...swoje....znajomości - młodzieniec przybliża się z każdym krokiem, cedząc słowa, aż stają oboje pod ścianą. Młodzieniec z wyciągniętą różdżką przytkniętą do gardła rozpłaszczonego na ścianie mężczyzny. Młodzieniec pochyla głowę i uśmiecha się widząc jak strach zmienia ludzi. Rozkoszuje się dręcząc swoją ofiarę, gdy nagle dostrzega zmianę w zachowaniu mężczyzny, który nie drży już jak liść na wietrze ale spogląda na niego hardo. 
-Oh widzę, że eliksir przestał działaś - mówi spokojnym głosem młodzieniec nie dając po sobie poznać zdziwienia. 
-Najwyraźniej -  odpowiada mu zdecydowany głos mężczyzny około trzydziestki. Stojący pod ścianą odsuwa różdżkę młodzieńca zdecydowanym gestem.
-Nie sądzisz, że dość już tej zabawy Panie Riddley ? pyta, ostatnie słowa przeciągając i wypowiadając jak obelgę. Młodzieniec krzywi się, przystojną twarz przecina obrzydliwy grymas.
-Oh, zapomniałem, czyżbym miał Cię tytułować Lordem ? - prycha. Riddley przyciska różdżkę do gardła mężczyzny, wbijając jej świecący koniec w opaloną skórę mężczyzny. W pokoju rozlega się śmiech starszego, który po chwili spogląda w oczy młodzieńca i cicho mówi:
-No dalej, śmiało, chcesz mnie zabić? - kawałek drewna mocniej wbija się w szyję mężczyzny.
-Myślisz, że nie potrafię? - młodzieniec odpowiada z gniewem, z trudem się hamując.
-Oh, na pewno - mówi mężczyzna spokojnie - Jednakże... fałszywy Lordzie, są rzeczy o których nie masz pojęcia. Sprawy, których nie wolno ruszać. Magia, której nie wolno rozgniewać.
-Magia jest po mojej stronie! Siła jest po mojej stronie! Magia, potęga, splugawione przez nich wszystkich oczyszczą się i powrócą w dawnej chwale! I JA tego dokonam. JA! - policzki młodzieńca pokrywają się czerwienią. W pokoju słychać tylko jego przyspieszony oddech.
-Tak sądzisz? - pyta spokojnie mężczyzna.
-Jestem. Dziedzicem, Salazara. Slytherina. Jestem. Początkiem. Oczyszczenia. I już niedługo nikt mnie nie powstrzyma! - wiązka światła trafia mężczyznę w pierś. Po jego szarej koszuli płyną pierwsze strugi krwi, które pojawiają się też wokół ust mężczyzny.
-Nic nie wiesz... nie masz pojęcia z jaką magią zadzierasz.. - charczy. Życie kończy śmiejąc się chrapliwie i rozbryzgując krew, która mu nabiegła do ust, na starej drewnianej podłodze.
***
Trochę mną wstrząsnęło to spotkanie z Severusem. No i jakoś tak przykro mi trochę. Nie wiem czemu się tym zadręczam, ale mimo wszystko czuję się winna. Tylko...za co? Sama nie wiem. Do domu wracam okrężną drogą, zwiedzając swoje dawne okolice. Nie bywam tu często ze względu na Petunię, jej histerie na punkcie tego, że wszyscy się dowiedzą, że ma nienormalną siostrę bla bla bla bla. Tak, jakby ją można posądzić o to, że jest normalna, tak? No ale nic z tym nie zrobię. Szkoda mojego czasu, nerwów i kłótni. Po co mam też wstrząsać życiem całej rodziny, skoro jestem tylko członkiem przechodnim? Trochę ogarnia mnie melancholia. Wiatr się wzmaga. Wokół ciemno i jakoś tak pusto. Mimo iż mam jechać do swoich przyjaciółek nie cieszy mnie zbytnio ta perspektywa. Nie śpieszy mi się. Powoli siadam na poruszanej wiatrem starej huśtawce, na której się huśtałam będąc jeszcze małą dziewczynką. Leniwie odbijam nogi od ziemi. Delikatne bujanie, powtarzalne ruchy, cichy skrzyp łańcuchów pozwalają moim myślom się uspokoić. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że czuję się jakoś dziwnie. Podnoszę rękę do góry dotykając głowy. Zatrzymuję huśtawkę , podnosząc się. Coś jest nie tak. Nogi mam jak z waty. Głowę rozsadza tępy ból. Oczy pieką. Dochodzę do siebie po dłuższej chwili. Do domu wracam spokojnie. Aczkolwiek nie pamiętam całej drogi. To były dziwne dni. Klepiąc kieszenie spodni uświadamiam sobie, że nie wzięłam kluczy. Cholera. No nic. Idę w stronę swojego domu. W sumie zrobiło się już całkiem późno. I zimno sądząc z obłoków pary wydobywających się z moich ust. Marszczę brwi. Przecież jestem zmarzluchem, a nie jest mi zimno. Staję przed drzwiami swojego domu i naciskam dzwonek. Wolę wejść od frontu niż przez furtkę w naszym małym ogrodzie. Drzwi otwierają się po dłuższej chwili.
-Lily?Znowu zapomniałaś kluczy, przecież.. - nagle jakby coś się ze mną stało, czuję się..dziwnie. W uszach rozlega się przytłumiony krzyk mojego taty, kiedy padam na ganek. Świat robi się dziwnie jaskrawy i zamazany. Ostatnie co pamiętam, to to, że z całych sił ściskam swoją lewą rękę.

wtorek, 16 lipca 2013

Rozdział szósty.

Miło spędziłam po południe z przyjaciółkami. Do wieczora obyło się bez dziwnych zdarzeń i sytuacji, nikt też o dziwo! już na mnie nie wpadł. Nastrój zdecydowanie mi się polepszył. Odzyskałam swój zwykły rezon i z radością uczestniczyłam w zwiedzaniu, komentowaniu, zachwycaniu się wszystkimi rzeczami w sklepach. Dokupiłam jeszcze parę drobiazgów. Trochę słodyczy i pożegnałam się z przyjaciółkami. Nie były zachwycone perspektywą opuszczenia mnie choćby na trochę po tak długiej rozłące ale wytłumaczyłam im, że muszę się jeszcze wylewnie pożegnać z rodzicami, których zobaczę dopiero 31 sierpnia - wstępuję do domu by przepakować torby, przeprać rzeczy i przygotować się na kolejny rok w Hogwarcie. Nic nie wspominałam dziewczynom o książkach dla Seva. Wiem, że za nim nie przepadają. W sumie chyba ta niechęć jest odwzajemniona. Severus ... gardzi Gryfonami. Nie wiem czy to na skutek tego pamiętnego pierwszego roku w Hogwarcie, czy ogółem po prostu, albo z założenia. To zawsze było dla mnie dziwne i niezrozumiałe, jednak nigdy nie uzyskałam satysfakcjonującej odpowiedzi od niego w tym temacie gdy jeszcze się odzywaliśmy do siebie. Wiem, że bardzo się zawiódł , że nie dostałam się do Slytherinu, a dodatkowo sprawę pogorszył i tylko zaognił Potter wraz z kumplami. Niepewnie spoglądam na książki Seva, które trzymam w ręce. Po powrocie do domu uprzedziłam rodziców, że pójdę się jeszcze przejść. Spojrzeli na mnie dziwnie ale nic nie powiedzieli. Teraz stoję na skraju oświetlonej ulicy, niepewna co mnie czeka za rogiem.Drżą mi ręce. Dreszcze biegną po plecach. Otulam się ciaśniej swetrem i ruszam przed siebie. To tylko książki. Idziesz mu oddać tylko głupie książki. Dasz do ręki i już Cię tam nie ma. Po prostu uśmiechniesz się, wadzisz w ręce i czmychniesz jak najdalej od tego przerażającego miejsca - powtarzam sobie by trochę się uspokoić. Nie wspominam dobrze tego miejsca. Nawet jak byliśmy mali i jeszcze "normalni" to podczas zabaw nie zapuszczaliśmy się w tę okolicę. Zawsze wzbudzała strach. Ciemna. Jakby wilgotna. Z zaniedbanymi domami, które bardziej przypominały stare, duże szopy. Z mnóstwem śmieci, dzikich kotów i ruchomych śmietników, w których zawsze coś żyło. Przyspieszam.Nagle zamieram stając w cieniu niedaleko domu Snapeów. Coś słyszę. W jednym z okien pali się światło. Widzę cienie osób. Niewyraźne postacie. Do moich uszu dociera młody, kobiecy śmiech. Mrużę oczy jednak nic mi to nie daje. Dom Severusa to jeden z większych w tej dzielnicy. Jest duży, oczywiście zaniedbany, zrobiony z drewna, ma piętro i strych z bardzo spadzistym dachem pokrytym odłażącą papą. No i ..ogród. A raczej spory kawałek zaniedbanego trawnika obrośnięty wysoką trawą, jeżynami i dzikimi różami. W głębi "trawnika" mieści się drzewo, stara wiśnia. Jedyna rzecz w tej okolicy z jaką mam miłe wspomnienia. Uśmiecham się na tę myśl, jednak zaraz powracam do rzeczywistości kiedy tylnie drzwi domu otwierają się, wypuszczając ze środka 4 osoby. Widzę tylko zarysy sylwetek. Jedną z osób jest kobieta. Z pozostałych osób wyróżnia ją ogromna grzywa kręconych włosów, które widzę nawet z tej odległości. W drzwiach dostrzegam Severusa z opuszczoną głową i przygarbionymi ramionami. Dwie ciemne postacie odchodzą z kobietą, trzecia przystaje, robi parę kroków po czym wraca, łapie Seva za ramię i coś szepcze, następnie odchodzi. Jeszcze przez chwilę ich słychać zanim wszystko w koło zupełnie milknie. Nie potrzebuję swoich dziwnych przeczuć by wiedzieć, że odwiedzający nie byli mugolami. Prawdopodobnie ...ee..koledzy? Zastanawiam się chwilę. Ta myśl trochę nie pasuje do mojego wyobrażenia o Sevie, który z reguły jest hmm.. samotny. W sumie to nie przypominam sobie, żeby miał jakiś przyjaciół w Hogwarcie. Moje myśli  podążają jeszcze chwilę tym torem. Kręcę głową z niedowierzaniem O czym ja myślę? Biorę jeszcze jeden głęboki wdech i delikatnie, żeby bardziej nie uszkodzić, popycham drewnianą furtkę . Cicho pukam do drzwi stojąc na skraju mdławego światła rzucanego przez lampę  na ganek. Z domu słyszę jakieś dzwięki przewracanych naczyń. Mocniej zaciskam palce na książkach modląc się w duchu by ta rozmowa poszła szybko i bezboleśnie. Po dłuższej chwili za drzwiami słyszę chrobot odsuwanego łańcucha i przesuwanego w zamku klucza. Rozciągam wargi w imitacji grzecznościowego uśmiechu w chwili gdy drzwi wreszcie się otwierają.
-Czego znowu chcecie, przecież powiedziałem wam już, że.. Lily?!- dobiega mnie gderliwy, lekko skrzeczący głos Severusa, który nagle zamiera z półotwartymi ustami i wgapia się we mnie. No cóż. Okey, długo się nie widzieliśmy. No i w sumie owszem nie odzywamy się do siebie od jakiś trzech - czterech lat, no ale tak zamierać jakby ducha zobaczył/ Cóż , postanawiam przejąć inicjatywę. Poszerzam lekko swój grzecznościowy uśmiech i siląc się na miły i spokojny ton, wyrzucam z siebie:
-Tak, trochę się nie widzieliśmy, no ale wiesz.., nie wiem czy pamiętasz.. wiesz.. ostatnim razem jak się spotkaliśmy.. w tej różowej księgarni kiedy na mnie wpadłeś.. no dzisiaj w sumie... - okey, wiem, że mówię nieskładnie. Strasznie się denerwuję. W sumie stary przyjaciel z dawnych lat, ale zawsze czułam, ze żywi do mnie jakąś urazę. Jeszcze te oczy wlepione we mnie. Dlatego plotę trzy po trzy zamiast przejść do sedna.
- No po prostu zapomniałeś książek za które zapłaciłeś więc Ci je przyniosłam - wyrzucam w końcu z siebie. Severus patrzy oniemiały na wyciągnięte przeze mnie książki. Potrząsam lekko rękami by zasugerować mu odebranie własności. Bierze je z moich rąk i przyciska do siebie. Hmm.. no jakieś dziękuję? Chyba nie mam na co liczyć. Wygląda jakby się zaciął. Chłopak po chwili wzdryga się i przeczesuje palcami włosy.
- Nie trzeba było - mruczy w końcu pod nosem.. dzięki. Coś jeszcze?
-Eee.. nie. - Marszczę brwi. Myślałam, ze będzie trochę mniej zimny.
Severus przymyka drzwi oddalając się. Okręcam się na piecie. Po chwili słyszę jeszcze:
- Najlepszego z okazji urodzin .. mamrocze z oczami utkwionymi w podłodze. Nosz kurde.Odwracam się i spoglądam na niego. Jak można być tak zimnym. Halo! Zupełnie nie rozumiem jak to się mogło stać, że staliśmy się sobie tak obcy. W przypływie impulsu łapię za skraj drzwi. Wiem, że gdyby chciał mógłby je z łatwością zamknąć bo mój uchwyt nie jest z byt mocny. Chłopak zatrzymuje się.
-Dziękuję - szepczę patrząc mu w oczy.-Tobie też wszystkiego najlepszego. Severus uśmiecha się lekko. Naprawdę rzadki widok. Oboje pogrążamy się w ciszy
- 27 i 28 - mamrocze wzdychając. Taak. Dni, które na zawsze odmieniły nasz świat. W których urodziliśmy się na nowo. Dwa kawałki pergaminu , które złączyły na krótko nasze drogi i uczyniły naprawdę niezwykłymi wakacje cztery lata temu.
-Stare dzieje, czyż nie? - mówi po chwili twardym głosem wyrywając mnie ze wspomnień. Marszczę brwi.
- Tak trochę się...zmieniło - mówię cicho. Chłopak prycha.
-Ty się zmieniłaś - mówi z wyrzutem przeszywając mnie wzrokiem. Cofam się o krok pod tym spojrzeniem.
Pocieram ręce o siebie.
-Sev ja.. - chcę się wytłumaczyć, powiedzieć, sama nie wiem co, ale cokolwiek by zniszczyć w sobie to poczucie.. winy. Chłopak kręci głowa, a czarne strąki obijają się o zbyt duży kołnierzyk bluzki.
- Oh, daruj sobie, zdradziłaś nas. Nie wiem, jak mogłaś ... Jakim cudem. Ani co się stało. Powinnaś być z nami. Powinnaś wiedzieć,że... - zaczął bełkotać ponownie łapiąc się za głowę.
Spoglądam na niego , zdziwiona jego dziwnym monologiem. Otwieram usta by się sprzeciwić. Nie zdradziłam. Nigdy nie chciałam stracić przyjaciela. Samo jakoś tak wyszło.
- ..ale wszystko wkrótce się zmieni. Nie będzie już Ich. Wszystko zacznie się od nowa. Nadchodzi Pan.
-Severus o czym ty mówisz?! - staję z nim twarzą w twarz i piorunuję spojrzeniem.
-Masz te książki.. dopycham do jego piersi trzymane przez niego wolumy - I skończmy tę rozmowę. Nikogo nie zdradziłam! - mówię twardo mierząc go wzrokiem.
-Nie obwiniaj mnie za swoje zaniedbania! To TY mnie zostawiłeś. Przestałeś ze mną rozmawiać, spotykać , odpowiadać na moje listy. Przystałeś do Ślizgonów!
-A co miałem zrobić? Przynajmniej nie są tacy..tacy jak... jak Potter! Nie zdradziłaś?! - głos mu drży.
-Nie nie zdradziłam!
-To szkoda, że widziałem Pottera, jak odlatywał nad ranem z twojej sypialni - wypluwa z siebie słowa jak truciznę . Milczę.Tego akurat nie da się w jasny sposób wyjaśnić. Otwieram usta w momencie gdy twarz owiewa mi pęd powietrza z zamykanych z trzaskiem drzwi.

poniedziałek, 15 lipca 2013

poniedziałek, 8 lipca 2013

Rozdział piąty.

Jeszcze długo dochodziłam do siebie. Snując się między znanymi i częściowo zatłoczonymi uliczkami wciąż wspominałam tamte wydarzenia rugając się w myślach. Co mi odbiło by się tam pchać? Jeszcze w pojedynkę? Wiem, rodzice nieszczególnie byliby zadowoleni z mojego postępowania. Szłam, czując jak częściowo suche już ubranie wciąż lepi mi się do pleców. W rękach niosłam już parę pakunków z księgarni i kilku innych sklepów. Ręce wciąż mi drżały. Co rusz łapałam się na tym, że bezwiednie moja ręka wciąż ląduje na pierścionku. Nic nie rozumiałam. Skąd oni znali mój pierścionek? Jakim cudem go widzieli? I dlaczego czuję się tak dziwnie? Czemu nie mogę go zdjąć? I czemu czuję więź z nim? Jak przez mgłę pamiętałam jednak jedną rzecz. Mój pierścionek miał...imię. To śmieszne.Nie nazywa się przecież biżuterii. Kiedyś słyszałam, że wyjątkowym mieczom sławni rycerze nadawali imiona, ale pierścionkowi? A może po prostu z czym go pomylili? Ktoś kiedyś miał podobny, który źle się im kojarzył? Mój umysł starał się znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie tego wszystkiego. Wiele jednak było niedomówień. No ale z tym już nic nie można zrobić. Dwójka pokręconych ludzi. I ja w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. I tyle. A przynajmniej mam taką nadzieję. Gdy wchodzę do kolejnego sklepu, wyjątkowo ładnej, małej księgarni, raczej bliższej antykwariatowi, na tabliczce chyba dla żaru napisano "księgarnia", ktoś znowu na mnie wpada. To nie jest mój szczęśliwy dzień uświadamiam to sobie ponownie. Przede mną, ubrany w szatę, która kiedyś pewnie była czarna, teraz zaś jest już tylko wypłowiałym, brudnym z kurzu i błota wynędzniałym kawałkiem postrzępionego w paru miejscach materiału, stoi nikt inny a sam Severus. Trochę się zmienił, muszę przyznać. Wciąż nosi swoje charakterystyczne czarne, przetłuszczone włosy a cera nawet minimalnie mu nie ściemniała to jednak zaszła w nim jakaś zmiana. Gdy Sev w końcu odkrywa na kogo wpadł mamrocze jakieś niewyraźne przepraszam i wybiega czym prędzej z księgarni. Po chwili zza regału wychodzi starsza, dobroduszna kobieta o szerokim uśmiechu, Jej małe niebieskie oczka mrugają szybko na mój widok. W ręce trzyma dwie książki i rozgląda się nerwowo.
- A gdzie ten chłopak? - pyta, a ponieważ w pobliżu jestem tylko ja, to najprawdopodobniej też i ode mnie spodziewa się odpowiedzi.
- Yyyy .. właśnie wyszedł- odpowiadam z przepraszającym uśmiechem.
-A-ale co z książkami?!  - pyta oburzona właścicielka - Przecież zapłacił za nie z wyprzedzeniem!
 Już w chwili gdy moje usta się otwierają żałuję tego co chcę powiedzieć.
- Em... ja .. ja mu je oddam , proszę pani. Chodzimy razem do szkoły.
Kobieta mruga znowu oczami parę razy aż w końcu uradowana, że problem sam się rozwiązał wręcza mi trzymane książki i znika za regałem. Nie wiem skąd u mnie ten poryw dobroci. W szczególności dla gościa, który mimo iż nazywał się moim najlepszym przyjacielem ( jedynym jakiego miałam w pewnym momencie) całkowicie się ode mnie odwrócił. Nie odzywał się. Nie odpowiadał. Nie reagował. Nic. A ja się właśnie z własnej woli zgłosiłam na ochotnika by dostarczyć mu książki. Wzdycham zrezygnowana i szybki krokiem wychodzę na ulicę. Może będzie jeszcze w pobliżu albo zdążył się już zorientować,że zapomniał książek? Niestety szczęście tego dnia ponownie mi nie dopisało. Nigdzie nie widać Severusa. No nic. Po namyśle wkładam książki do jednej z toreb i powracam do swoich zakupów. Najwyżej oddam mu je wieczorem. Nie napawa mnie to zbytnią radością. Nie dzielnicy w której mieszka, mimo iż od wielu lat się tam nie zapuszczałam. Wspomnienie jego domu, widziałam go co prawda tylko raz, ale mimo tego wciąż wzbudza we mnie strach. Do obejścia zostały mi już tylko trzy sklepy. Spoglądam na zegarek. Kurde. Za dziesięć minut miałam się spotkać z dziewczynami... Nie zdążę. Po raz kolejny wzdycham. Biorę ponownie głęboki wdech i ruszam w przeciwną stronę na spotkanie z przyjaciółkami.
Ann siedzi już przy stoliku w ogrodzie pod parasole, w naszej ulubionej kawiarni. W ręce trzyma gazetę. Pewnie Proroka. Dorcas nie widać na horyzoncie. Przysiadam się do przyjaciółki i wymalowując sztuczny uśmiech rzucam radosne 'cześć'.
-O. hej! - Mówi i uśmiecha się szeroko w odpowiedzi. Przez te prawie dwa miesiące lekko się zmieniła. Jej twarz nie była już tak ziemista, a oczy już nie takie smutne jak wtedy gdy ostatni raz się widziałyśmy. To dobrze. Może poukładała już swoje sprawy. Nie mam pojęcia co prawda jakie ale nie będę wnikać skoro sama nie chciała powiedzieć. Rozglądam się dokoła. Kawiarnia leży tuż przy głównym ruchu pieszych w takim miejscu, że widzi się prawie każdego kto przechodzi przez Pokątną.
-A gdzie Dorcas? - pytam
- Spóźni się - odpowiada cicho Ann,a uśmiech na jej twarzy lekko przygasa. Po chwili jednak dziewczyna odzyskuje rezon i zaczyna wypytywać o wakacje. Nie pozostaję oczywiście dłużna i też ją wypytuję. Nie wiedzieć czemu nie wspominam o wizycie Pottera w moje urodziny. Czasem w sumie wydaje mi się , że był to tylko miły sen, chociaż brudne talerzyki i okruszki na łóżku to raczej pewny dowód na istnienie tortu. Jakoś tak ten poranek był jakby wyrwany z rzeczywistości. teraz nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, że wpuszczam Pottera do domu, a co dopiero do własnej sypialni ubrana w samą piżamę! Nie to by było zbyt dziwne i za bardzo musiałabym się tłumaczyć. A jeszcze jeśli Dorcas by się o tym dowiedziała... śmierć na miejscu. Detektyw Dorcas Meadoves na tropie miłości, romansu i sensacji dodatkowo bawiąca się w swatkę. O nie. Nic też nie wspominam o pierścionku. Wiem, że nie powinnam trzymać tego w tajemnicy, ale co powiem Ann? Ej, słuchaj ktoś przysłał mi broszkę, która nagle stałą się pierścionkiem. Czasem grzeje, czasem ziębi. Aha, ma jakieś imię, a no i zmusza mnie do robienia nieostrożnych rzeczy. A no i nie mogę tego zdjąć. Dodawać też, że mało kto go widzi? No właśnie. Trochę kiepsko by było . Tym bardziej, że Ann od razu zrobiłaby aferę. A tego nie chcę ani ja, ani to coś na moim palcu, które zaczęło delikatnie pulsować gdy rozważałam, że opowiem o wszystkim przyjaciółce. Dorcas pojawia się prawie czterdzieści minut później z rozwianymi czarnymi lokami, opaloną na brąz buzią i mnóstwem kolorowych toreb.
Unoszę brwi do góry.  Czy nie miałyśmy razem iść na zakupy?
Przyjaciółka wita nas wylewnie. Śmiejąc się i mocno nas ściskając trajkocze w tempie karabinu maszynowego. Gdy jej wzrok podąża za moim na jej torby ponownie wybucha śmiechem. Wręcza nam po jednej z kolorowych opakowań, resztę zaś kładzie na szklanym stoliku . Po chwili z kieszeni wydobywa mały mieszek i posypuje kolorowy stos. Torby zmniejszają się w zawrotnym tempie i po chwili Dorcas spokojnie może włożyć je do malutkiej torebki, którą ma przewieszoną przez ramię. Spoglądamy po sobie z Ann. Widzę, że ona tez nie spodziewała się takiego tajfunu radości i nawijania na raz. Niepewnie zaglądamy do swoich toreb. Parę kosmetyków. Ostrożnie wypakowujemy zawartość. Pachnące mydełka. Jakieś kremy z egzotycznych roślin. Świece aromatyczne i płyn do kąpieli. Marszczę brwi i spoglądam na czarnowłosą.
-Eee dzięki Dorcas, ale .. czemu tak nagle obdarzasz prezentami?
- Oh! To nie są prezenty - przerwa na śmiech - To próbki! Kuzynka mojej matki właśnie przywiozła je ze swojej podróży, przyjaciółka ponownie się śmieje. Coś mi tu nie gra. Okey.. Dorcas bywa dziwna, nawet bardzo czasami ale.. tak zaśmiewać się bez powodu?
-Dorcas.. ee co brałaś? - pytam zaciekawiona. Nie denerwuję się już i nie dziwię. Jeśli padła atakiem jakiegoś żartownisia, to nie jest to przynajmniej groźne. Przejdzie jej pewnie za niedługo.
-Nic! - ponownie zaczyna się śmiać. Spoglądam na Ann. Niestety żadnej pomocy. Wstaję z krzesła i podchodzę do wciąż śmiejącej się czarnowłosej przyjaciółki. Chcę zajrzeć jej w oczy - wiedziałabym wtedy czy nawdychała się czegoś. Gdy jednak łapię ją za ramiona ... znowu coś się dzieje. Dorcas unosi się na krześle parę centymetrów i sztywnieje na moment i później opaść bezwładnie na krzesło. Wyglądało to tak jakby ktoś zastosował na niej defibrylator,czuję jak konwulsyjnie drga w moim uścisku, a przecież tylko złapałam ją za ramiona Ann nachyla się nad stołem spoglądając z niepokojem na Dorcas która, mruga niespokojnie oczami i niemo porusza wargami jakby chciała coś powiedzieć. Trwa to prawie minutę po czym przyjaciółka całkowicie powraca do normalności i zaczyna z nami normalnie rozmawiać. Nie pamięta co się jej stało ani od czego była tak rozbawiona. Pamięta, ze tu przyszła i rozmawiała z nami. Nie pamięta o czym. Jej pamięć nie zarejestrowała też tego dziwnego wstrząsu. Gdy wspominam o tym przy dziewczynach patrzą na mnie niezrozumiale. Dorcas rozumiem, była po wpływem czegoś ale Ann? Spoglądam na przyjaciółkę.
-Lily... - zaczyna spokojnie - przecież podeszłaś do Dorcas, potrząsnęłaś ją za ramiona a ona po chwili doszła do siebie. O jakim wstrząsie mówisz?

piątek, 5 lipca 2013

100 !!

Jak donosi statystyka Google'a już wczoraj liczba odwiedzin przekroczyła 100 w tym prawie połowę odwiedzin stanowił dzień wczorajszy , dla zawodowych, grubych blogerów to niewiele, prawie nic. Oni setkę odwiedzin mają na dzień albo i szybciej. Ja się cieszę. wiem, że zawsze mogłabym podać adres znajomym i wyrabiać sobie 100 razy lepsze statystyki ale nie mam po co. Wolę słuchać paru zdawkowych słów czy ostrej krytyki (oczywiście ciepłe słowa też są mile widziane :) )
niż z "założenia " pisane suuuuper, strasznie fajne. Tak więc cieszę się z nabitej setki i czekam na śmiałka, który napisze pierwszy komentarz ;)

czwartek, 4 lipca 2013

Rozdział czwarty.

Czas szybko leci. Nawet gdy nie ma się nic do roboty. Tak też nadeszła już połowa sierpnia i właśnie wybieram się uzupełnić szkolne zapasy. Oczywiście w oficjalnej wersji, ktoś taki jak ja, nie jedzie wcale na magiczną ulicę zwiedzać, podziwiać i kupować. Nie, w oficjalnej wersji, takiej jaką słyszy Petunia i częściowo rodzice, jadę wybrać podręczniki do szkoły i kupić mundurek. Tyle. Cała zabawa głęboko ukryta. I dobrze. Nie chcą słyszeć to nie. Jakoś tak szybko wszystko zleciało. Dopakowuję swoją torbę, dorzucam jeszcze parę ciuchów i zapinam zamek. Ostatnie dwa tygodnie spędzę u Dorcas. Na moje szczęście przyjaciółka wcześniej wróciła z wakacyjnych wojaży i może się podzielić swoim kątem. Będzie też Ann (chyba o to jej chodziło kiedy pisała w liście, że niedługo się spotkamy). Jane niestety do nas nie dołączy. Bywa sobie gdzieś w południowej Francji i nie zamierza wracać przed końcem wakacji.  Tak więc prosto z Pokątnej - wrócę do domu tylko po rzeczy,spotykam się z przyjaciółkami i jadę na dwa tygodnie do dziewczyn. Strasznie się cieszę, że znowu się zobaczymy, chociaż wiem, że w przypadku Dorcas i jej podbojów to trochę zajmie zanim wróci na ziemie po wakacyjnych romansach i przestanie roztkliwiać się nad jakąś niespełnioną miłością. Normalnie bym się przejęła gdyby ktoś mi opowiadał o największej miłości swojego życia. W każdym innym przypadku tak, ale nie jeśli chodzi o nią. Dorcas taka już jest, że każdą znajomość z chłopakiem uważa "praktycznie za związek" i przeżywa. Gdy jednak mijają jej te pierwsze trzy cztery dni powraca do normalności jak nowo narodzona, no chyba że akurat w międzyczasie pojawi się jakieś inne super hiper ekstra ciacho , wtedy oczywiście okres rozstania skraca się do minimum i dziewczyna powraca do normalności by oczywiście od razu stracić głowę dla nowo poznanego faceta. Cóż, wciąż liczę , że kiedyś w końcu przestanie się zakochiwać w tak ekspresowym tempie i trochę zwolni by mieć jakiś bardziej stały związek. No nic. Zrzucam torbę z łóżka, zamykam plecak i ruszam na dół, by tata mógł mnie zawieść do celu.
***
Rodzicom jak zwykle ciężko się ze mną rozstać.Zawsze długo zajmuje im pożegnanie się ze mną, mimo iż właściwe pożegnanie będzie dopiero wieczorem to już teraz słyszę "przydatne rady rodziców" czyli wszystko co słyszałam już tysiąc razy ale muszę usłyszeć po raz tysiąc pierwszy. Na odchodnym dostaję jeszcze po buziaku, tata oczywiście wręcza mi, całkiem przypadkiem kopertę z dodatkowymi funduszami. Przyjmuję ją z wdzięcznością i macham im na dowiedzenia. Jestem jakieś dwie godziny przed umówionym czasem. Kocham swoje przyjaciółki, ale . kiedy jestem z nimi to wiem, że choćbym spędziła na Pokątnej tydzień to i tak nie kupiłabym wszystkiego co potrzebuję. Z nimi można chodzić po sklepach bez końca. A ja mam tendencje do zapominania wielu rzeczy. Wolę więc wcześniej zrobić samej zakupy, by później móc cieszyć się popołudniem z przyjaciółkami nie martwiąc się że czegoś zapomniałam. Mogę też na spokojnie poprzyglądać się wystawom, ponieważ gdy idzie się na zakupy z Dorcas ponad dziewięćdziesiąt procent czasu spędza się w sklepach z artykułami polepszającymi urodę, zwiększającymi powodzenie u facetów i innymi takimi bzdetami. Kolejne dziewięć procent przeznacza się na siedzenie w kawiarniach, sklepikach czy cukierniach, zaś czas który przeznacza się przy niej na robienie zakupów szkolnych jest ekstremalnie krótki. 
Tak więc idę szeroką, brukowaną ulicą i rozglądam się ciekawie. Dziś jest całkiem chłodno. Na niebie wiszą  szarawe chmury. Od czasu do czasu powieje silniej wiatr. Mimo iż lato jeszcze się nie skończyło to już czuć zmianę temperatury. W ręku trzymam spis jaki zrobiłam jeszcze przed wyjściem z domu. Przeglądam szybko długą listę. Najbliżej mam aptekę, więc wstąpię by uzupełnić zapas składników. Całe szczęście, że zakupy zawsze pakują w szczelne i kolorowe torby, bo chyba nie byłabym w stanie znieść ciągłej, przykrej świadomości, że w ręce trzymam owinięte tylko w cienki papier takie np. nietoperze nóżki, żabie języki czy inne paskudztwa. Generalnie nie przepadam za tym by oglądać zbyt często takie rzeczy. Na moje nieszczęście jednak eliksiry odbywają się aż trzy razy w tygodniu i to aż po trzy godziny. Wzdycham zrezygnowana. Kolejny rok męczenia się z pokrojeniem jakiś zwierzęcych części czy cuchnących roślin. Blee. Najgorsze jest to, że mam wiedzę na temat eliksirów.Znam materiał na ile jestem w stanie go przyswoić. Moje pierwsze spotkanie z tym przedmiotem nawet mnie zainteresowało i od tamtej pory zawsze jestem przygotowana... ale mam wiedzę tylko teoretyczną. W praktyce nie potrafię uwarzyć nawet najprostszego eliksiru. Już nawet Peter,jeden z Huncwotów jest w stanie uwarzyć czasem coś lepszego ode mnie , a wszyscy twierdzą, że ma dwie lewe ręce. Apteka jest na rogu. Kiedy z niej wychodzę mijam wysoką postać w czerni, która na mnie wpada. Postać zatrzymuje się, przygląda przez chwilę i nagle odchodzi, bez żadnego słowa. Spoglądam po sobie zaniepokojona i wygładzam bluzkę. Czuję jakby wokół mnie temperatura spadła co najmniej o dziesięć stopni. Kawałek dalej dostrzegam jakiś ruch, Po chwili rozlega się pisk i krzyk. Zaciekawiona ruszam w tę stronę. Nie mam pojęcia dlaczego ale pierścionek na moim palcu, którego notabene wciąż nie jestem w stanie zdjąć rozgrzewa się. Skręcam w lewo, prawo i nagle ląduję w... dziwnym miejscu. Instynkt samozachowawczy wyje na alarm. To już nie jest Pokątna. To miejsce jest takie... nie ponure, nie obce, owszem, może budzić przerażenie, ale ono jakby ściąga nie ku sobie. Nie jestem wstanie się powstrzymać. Mijam ciemne, brudne szyby wystawowe, przechylone, wyblakłe szyldy, okna zabite deskami. Ale widzę coś więcej prócz tego. Wewnątrz siebie czuję, że ta ulica aż tętni życiem. Sama nie wiem skąd mi się ciągle biorą takie przemyślenia. Nagle staję przed jedną z szyb wystawowych. Przyciąganie jest silniejsze niż przedtem. czuję jak serce mocno dudni mi w piersi. Przykładam twarz blisko szyby. Na wystawie nie ma prawie nic. Sterty starego, pożółkłego papieru, trochę szmat, parę przedmiotów z motywem czaszek. W środku widzę jakiś ruch. Oddalam się od szyby próbując zlokalizować jakiś szyld, czy chociaż jego pozostałości. W końcu go odnajduję. Duży, drewniany , jakby nadpalony, wisi z boku lekko przekrzywiony. Kształtem przypomina jaszczurkę. Na środku szyldu widzę napis, jednak litery są tak zamazane, że..Nagle zerwał się wiatr. Zimno i przerażenia nagłym, groźnym podmuchem sprawia że zaczynam całą się trząść. Efekt potęguje jeszcze miejsce w którym się znajduję. Nie muszę mieć koło siebie swoich rodziców by widzieć przed sobą ich przerażone twarze na myśl, że ich kochana młodsza córeczka zapędziła się ( i to sama! ) w miejsce takie jak to. Oh wiem, normalnie też raczej nie przyszłabym tutaj, ale tak jakoś wyszło. Z nieba lecą pierwsze, zimne krople. Marszczę nos. Jak zwykle zapomniałam parasola, a różdżkę dostanę dopiero wieczorem. Mimo, że poza Hogwartem, przed ukończeniem pełnoletności nie wolno nam wykonywać żadnych zaklęć, to jednak na te najprostsze mamy niejako pozwolenie więc mogłabym sobie pomóc. Ponieważ jednak nie mam jak., postanawiam zrobić jedną z głupszych rzeczy na jaką mogę wpaść. Podchodzę do frontowych drzwi i naciskam klamkę. Odwagi dodaje mi fakt, że drzwi jednak są otwarte. Nie będę mokła na dworze. A coś ciekawość... przeczucie? nie da mi spokoju póki nie wejdę do środka. Drzwi zamykają się z cichym trzaskiem. Coś, co pewnie miało być odpowiednikiem dzwoneczków sygnalizujących nadejście gościa brzęczy głucho i groźnie. Wyglądać też nie wygląda zbyt przyjemnie. Długie, szare sznurki oplecione jakimiś metalowymi kawałkami,dziwnego drutu z małymi, jakby mysimi czaszkami . W sklepie jest nieznośnie ciemno i duszno. Śmierdzi kurzem, wilgocią i starymi rzeczami. Marszczę nos.Odwracam twarz zdegustowana i wpadam na niską postać. Mężczyzna przede mną jest dość korpulentny, odziany w staromodną, wysłużoną szatę z fioletowo zielonego materiału. Ma ogromne, głęboko osadzone w oczodołach oczy, które wwiercają się we mnie podejrzliwie. Cóż, po właścicielu, a zakładam , ze nim właśnie jest, w takiej dzielnicy nie spodziewałabym się oczywiście dobrodusznej pani w drucianych okularkach ze szczerym uśmiechem, ale mimo wszystko to jego spojrzenie mnie przeraża. Mężczyzna taksuje mnie wzorkiem.
- Czego ślepa ce ? -pyta skrzekliwym,podejrzliwym głosem.
Eee...ślepa? Zastanawiam się w myślach, czuję na plecach ciarki kiedy słucham jego głosu.
-Ślepa wzroku nie ma , nie zobaczy tego co jest, bo widzi nie takim jakim jest, ślepa odejść jak najprędzej.
Mimo iż byłam przygotowana na niezbyt miłe przywitanie to jednak nie tego się spodziewałam. Żadnych uprzejmości, żadnego zrozumienia, czy zapytania, na pierwsze pytanie nawet nie dał mi szansy odpowiedzieć. Szykuję się do wyjścia. Trudno, najwyżej zmoknę. Odgarniam lewą ręką włosy za ucho, szepczę jakieś niezrozumiałe 'do widzenia' . Gdy się odwracam nagle znowu dzieje się coś dziwnego. Instynktownie podchodzę do oszklonej komody. Za sobą słyszę protesty dziwaka. Nie słucham Podchodzę jeszcze bliżej. Krew znowu szybciej tętni mi w żyłach. Obrączka pulsuje dziwnym ciepłem. Staję naprzeciw szyby. Co teraz? Przede mną, na rozciągniętym, kiedyś chyba szkarłatnym i drogim, teraz zaś przykurzonym, starym i powyżeranym przez mole suknie, leżą różne dziwne przedmioty. Świeczniki, szkatułki, coś czego zastosowania nie jestem w stanie określić na pierwszy rzut oka i biżuteria. Moją szczególną uwagę przykuwa naszyjnik. Długi, delikatny, zaśniedziały łańcuszek o małych ogniwach, z medalionem na środku. Właśnie medalion wzbudza we mnie dziwne uczucia. Jest srebrny, małe zdobienia wiją się wokół ciemno zielonego jadeitu. Lewa dłoń rozgrzewa się wyciągam ją by dotknąć naszyjnika.
Mała, brudna dłoń łapie nieoczekiwanie za mój przegub. Mrugam gwałtownie oczami. Czuję niezadowolenie.Spoglądam na właściciela. Co z niego za sklepikarz skoro nie daje klientom pooglądać swojego towaru? Nie dziw, że wylądował na ulicy takiej jak ta, a jego sklep wieje starością i zapuszczeniem skoro nie stara się sprzedać swoich produktów! Człowieczek przygląda mi się ciekawie, mrużąc swoje duże oczyska. Na jego twarzy maluje się wąski uśmiech. Na moje szczęście wąski. Nie chciałabym obejrzeć pełni tego, czego przedsmak mam przed oczami. Facet chyba w życiu nie słyszał o czymś takim jak dentysta czy jego magiczny odpowiednik. Z przodu ma "bardzo uroczy" aż jeden ząb, żółty i przekrzywiony. W środku co prawda widać jeszcze parę, ale czuję się szczęśliwa, że nie muszę przyglądać się jego uśmiechowi w całej okazałości. Po chwili ciszy ponownie rozlega się jego głos.
- A może ślepa, jednak widzieć coś? - pyta sam siebie, z kącika ust płynie mu odrobina śliny, która cienką strużką leje się po jego brodzie. Mężczyzna nie zwraca na to uwagi i kontynuuje:
-Ślepa szuka złych zabawek, takie zabawki nie są dla ślepców, cza widzieć i wiedzieć by widzieć. Zostaw w spokoju to co czeka. Nie czekać  na ślepych to. Ślepi nie.. - nagle skrzekliwy głos zamiera. Mężczyzna rozwiera szeroko swoje oczy wpatrzony w moją rękę. Instynktownie podążam za jego wzrokiem, który spoczywa na... mojej lewej ręce. Oczy prawie wychodzą mu z orbit.
-Nie.. nie.. nie..nie..nie.nie -zaczyna powtarzać jak mantrę i skrzeczeć coraz głośniej. Nie myśląc dłużej wybiegam jak najszybciej się da na deszcz nie troszcząc się by zamknąć za sobą drzwi, jeszcze długo słyszę w głowie, zwielokrotnione echem słowa mężczyzny.
Uspokajam się dopiero po chwili. Rozglądam się dokoła wypatrując kogokolwiek.  Na ulicy nie ma nikogo. Pojedyncze krople zmieniły się w ulewę i wygoniły nawet tych ostatnich śmiałków. Zwalniam kroku. Nie ma powodów do obaw. Po prostu trafiłam na jakiegoś dziwnego, pokręconego szaleńca, który mówił trzy po trzy. Wchodzę w róg ulicy. Ponownie oglądam się za siebie gdy nagle usta przykrywa mi czyjaś ręka i coś ciągnie mnie w głąb zaułka. Z moich ust wydobywa się zduszony krzyk. Szarpię się mocno w uścisku. Ciało wykręca się na wszystkie strony. Ręce młócą powietrze. Nie mogę oddychać . Napastnik szarpie mną mocno. Ciągnie w ciemność. W zaułku prawie nic nie widać. wąska smuga światła oświetla tylko bardzo mały kawałek przestrzeni. Coś mokrego i włochatego przebiega mi po nodze. Napastnik odwraca mnie twarzą do siebie. To mężczyzna ze sklepu. Przerażona ponownie próbuję krzyknąć, lecz gdy nabieram powietrza do ust, jego blada, pokrzywiona ręka zaciska się na mojej szczęce. Dyszę ciężko. Po plecach spływa mi strużka potu. Mokre ubranie przywiera do skóry. Ręka pali mnie żywym ogniem. Mężczyzna przybliża swoją twarz do mojej. Cuchnie pleśnią i czymś zepsutym. Robi mi się niedobrze. Wiem, że jeszcze chwila a zemdleję z braku tlenu . Drugą ręką, tą, której akurat nie używa do podduszani mnie, chwyta mocno za moją dłoń i wykręca boleśnie. Wyrywam się jak szalona. Skóra na dłoni pali coraz mocniej.
-Daj....Ty nie brać co nie twoje ... - syczy, mocno łapiąc mnie za palce.
- Pan być zły jak się dowiedzieć, ślepa mieć Oksydiona...  - gładzi lekko palcem moja obrączkę. Nagle syczy głośno, a twarz przecina mu grymas niezadowolenia.
-Ślepa nadużyć tego co mieć, teraz Oksydion nie poznawać.. Pan być bardzo zły
Ponownie szarpię się jak mocno tylko potrafię, W końcu uwalniam prawą rękę i mocno boję w twarz stojącego przede mną właściciela sklepu. Na jego bladej twarzy powstaje duża czerwona plama. Mężczyzna nie reaguje. Cały czas przygląda się tylko mojej lewej dłoni.Zaczynam coraz bardziej panikować gdy z oddali słyszę kroki. Wysoka postać pojawia się nagle koło nas. W ręku trzyma różdżkę.
-Ej tam! - krzyczy - Zostaw ją!
Sklepikarz wciąż nie reaguje. Postać zbliża się. W paśmie światła widzę, że jest to młody, wysoki chłopak. Serce bije mi radośnie. Chłopak zbliża się celując różdżką w głowę mężczyzny. Na jego twarzy widnieje zacięty wyraz.
-Powiedziałem ... masz natychmiast puścić tę dziewczynę!
Mężczyzna nagle ożywa. Jego ręce przestają wbijać się w moje ciało. Drżą teraz na wysokości klatki piersiowej właściciela. Mimo że sklepikarz nie jest dużo niższy od chłopaka to korzy się jak sługa. Stoi z opuszczoną głową i trzęsie się jak liść na wietrze. Aż trudno uwierzyć, że przed chwilą na mnie napadł i wykręcał boleśnie moje ręce.
-Odejdź - chłopak rzuca krótko.
Sklepikarz kiwa głową parę razy. Odchodzi chwiejnym krokiem, cały czas drżąc i lekko podrygując.
Spoglądam na chłopaka. Na twarzy wykwita mi szeroki uśmiech wdzięczności.Już otwieram usta by wylewnie podziękować swojemu wybawicielowi, kiedy ten zwraca się do mnie ostrym tonem:
-Jeśli nie chcesz mieć kłopotów to ich nie szukaj. Nie zawsze znajdziesz wybawiciela, pamiętaj, pewne rzeczy nie tworzy się dla zabawy dzieci. I z tymi słowami odchodzi. Szybko i prawie bezszelestnie. Zostaję jeszcze jakiś czas w zaułku, mocno przyciskając lewą rękę do piersi. Nie mam pojęcia co jest grane.Ale zaczynam się bać

środa, 3 lipca 2013

Rozdział trzeci.

-Ej stary, dałbyś już spokój no. - Jęknął zrezygnowany Syriusz Black do przyjaciela, jeszcze bardziej rozwalając się na sofie w jego salonie. Na podłodze siedział James w otoczeniu masy rozwalonego, kolorowego papieru , taśmy klejącej i mnóstwa innych, bliżej nie określonych rzeczy.
- Hej!! Ziemia do Pana Pottera!! Są WAKACJE! Wyślij jej no nie wiem... kwiatki jakieś czy coś i TYLE. - wył zrezygnowany Syriusz mimo iż, przewidywał, że cokolwiek by nie powiedział nic nie jest w stanie aktualnie oderwać  przyjaciela od jego misji - zrobienia olśniewającego, niezapomnianego prezentu wybrance swojego serca bla bla bla bla bla Lily Evans. Westchnął głęboko i po raz setny rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu czegokolwiek co mogłoby mu zapewnić choć trochę rozrywki. Ponieważ jednak nie znalazł niczego w pobliżu postanowił udać się na zewnątrz. Syriusz zdążył już się przyzwyczaić, że ilekroć sprawa dotyczy rudowłosej Lily Evans, jego przyjaciel zupełnie pozbywa się rozumu. W sumie dla Blacka było to niepojęte skądinąd, jedna dziewczyna i tyle lat platonicznej miłości? Utrata rozumu ilekroć ją widzi? Nie, zdecydowanie wolał swoje życie, swobodę wyboru, brak zobowiązań, życie wolnego strzelca i tak dalej, mimo, że czasem faktycznie było mu szkoda, że nie potrafi być stały. Chłopak czym prędzej potrząsnął głową by wygonić natrętne myśli, które dążyły w zupełnie niepożądanym przez niego kierunku i ruszył do kuchni. Był ciepły letni wieczór, no dobra, w sumie północ, a on nie miał nic do roboty przez... jeśli patrząc na postępy Jamesa.. jakieś jeszcze parę godzin. Na szczęście w domu państwa Evans, u których aktualnie pomieszkiwał, pilnowano by nigdy nie zabrakło odpowiedniego wyposażenia spożywczego,a nic nie jest tak dobre na ciepło i nudę jak buteleczka czy dwie zimnego piwa. W sumie po pewnym czasie zdołał się przekonać do tej odmiany mugolskiego trunku. Wziął więc z szafki dwie butelki i ponownie udał się do salonu. Mimo wszystko wierzył, że przyjaciel wkrótce skończy,
****
James Potter krytycznie spojrzał na swoje dzieło. Powiedzieć, że zamiary całkowicie minęły się z rezultatem to łagodna wersja. Nie wiedzieć czemu, w książce, którą zdobył od handlarza mugolszczyzną , wyraźnie napisano, że jest to prosty, łatwy i szybki sposób na wspaniały prezent. Generalnie chciał zrobić Lily kartkę, ale... nic nie wyszło tak jak powinno. Klej nie trzymał, papier rwał się w rękach i nie chciał zaginać jak na obrazku, nożyczki nie cięły równo. Wszystko szło jak po grudzie a czas naglił. Syriusz, znudzony nic nie robieniem w końcu nie wytrzymał i udał się na górę, patrząc na zegar, jakieś trzy godziny temu, a on siedział na podłodze w pustym salonie jak idiota, i sklejał papierowy badziew by móc uwierzyć, że sprawi tym Lily przyjemność. Od ich ostatniego spotkania minął prawie miesiąc ale James wciąż wspominał ciepło chwile, kiedy uświadomił sobie, że tak właściwie to jego stosunki z rudowłosą się nieco ociepliły. Sam nie wiedział kiedy, ale jakoś tak od pewnego czasu nie wrzeszczała już tyle na niego, ani ni była tak oziębła. Fakt, może ostatnio nie rozmawiali zbyt często, ale iskierka nadziei zatliła mu się nieco większym blaskiem. Po dłuższym namyśle odłożył na bok nieudaną kartkę i postanowił mocno zmienić swoją koncepcję urodzinowego  prezentu dla miłości swojego życia. Spojrzał ponownie na zegar. Będzie trochę ciężko ale do rana powinien się wyrobić.
****
Długo nie mogłam zasnąć. A gdy już to zrobiłam śniło mi się coś dziwnego. Miałam dziwne uczucie jakbym spadała, długo, pochłaniana przez ciemność, otoczona dziwnymi dźwiękami. Obudziłam się nagle, gwałtownie. Z włosami zwichrzonymi przez ciągłe rzucanie się na łóżku, Z przyśpieszonym oddechem i ciałem lepkim od potu.. Westchnęłam głęboko i odruchowo potarłam o siebie ręce. Pierścionek na palcu był dziwnie ciepły. Zanim położyłam się spać próbowałam ściągnąć go z palca ale nadaremnie. To nie tak, że jest za ciasny i po prostu nie chce przejść mi przez palec. Nie on... jakby to określić.. scalił się z moją skórą. Stanowi teraz część mnie. Wiele czytałam o czarnomagicznych przedmiotach, jednak ten wcale nie wzbudza grozy we mnie, za to czuję jego dziwną przynależność do mojej osoby. Wiem, że jego obecność jest właściwa. Nie pytajcie skąd. Przeczucie. Przez zasłonięte okno wkradają się pierwsze promienie słońca. Nadchodzi kolejny ciepły nudny dzień.  Nie mogę zbyt długo wysiedzieć w łóżku. wstaję więc i ruszam do łazienki. W tym momencie rozlega się ciche pukanie do.... okna?. Marszczę brwi w zaskoczeniu. Sowy odleciały koło pierwszej i nie spodziewałam się zbyt szybko ich ponownej wizyty. Stukanie rozlega się ciut głośniej. Przegarniam włosy ręką w zamyśleniu i ruszam z powrotem do swojego pokoju. Niepewnie podchodzę do okna i gwałtownie rozsuwam zasłony. Postać za oknem odskakuje gwałtownie i z ledwością łapie równowagę na miotle wiszącej w powietrzu. Dopiero po chwili wypuszczam powietrze z ust, które wciągnęłam widząc niebezpieczne akrobacje i zwisanie do góry nogami chłopaka przede mną. Gdy mija szok wypełnia nie złość. Otwieram okno i syczę na niego.
-Co Ty wyprawiasz?!
Potter, jak to miewa w zwyczaju uśmiecha się szeroko i poprawia swoją pozycję na miotle. W jednej ręce trzyma średniej wielkości pudełko. 
-Odwiedzam.
- O czwartej nad ranem?!
- W miłości czas nie ma znaczenia..
- Oh daj rzesz spokój z takimi tekstami. - burczę zdenerwowana. Nienawidzę jak ktoś mnie zaskakuje. Szczególnie w moim własnym domu. Szczególnie jeśli jest to chłopak. A już prze szczególnie jeśli owym chłopakiem jest szczerzący się głupkowato James Potter.
-Dowiem się czego chcesz? 
-Noo życzenia złożyć, nie?Patrzę na niego zdumiona. Życzenia? O czwartej nad ranem? A co ze zwyczajowym "Wszystkiego Najlepszego " na kawałku papieru? Czy on na prawdę zawsze musi być tak przesadnie oryginalny?
Z pokoju obok słyszę jęki. Jeśli Petunia swoim szóstym zmysłem sensacji wykryje w pobliżu mojego pokoju czarodzieja, będą kłopoty zdecydowanie większe niż po wczorajszej nieudanej kolacji. 
Wypuszczam głośno powietrze z ust i cedzę przez zęby niezbyt miłe zaproszenie.
Potter nie dowierza własnym uszom. Ja sobie też nie dowierzam ale jest ranek, a znając jego, to wizyta nie potrwa szybkich trzech minut. Nie, Potter odprawi cały ceremoniał. Odsuwam się od okna umożliwiając chłopakowi wejście do mojego pokoju. Wspominałam już, że nienawidzę naruszania mojej przestrzeni? No cóż, Potter nigdy nie przejmuje się takim rzeczami więc z charakterystyczną dla siebie swobodą po prostu siada gwałtownie mi na łóżku z przyklejonym do twarzy szerokim uśmiechem. Że też go szczęki nie bolą....
- No więc co tam u Ciebie? - słyszę 'nonszalanckie ' pytanie. Serio? Naprawdę serio? Intruz w moim pokoju o czwartej rano pyta się co u mnie? No chyba nie. Nie może po prostu przejść do rzeczy, żebyśmy mogli mieć już to za sobą?
-Słuchaj... - zaczynam siląc się na cierpliwość. Mam jakieś takie dziwne przeczucie, że czeka mnie dziś porządna migrena.
-Ok. Ok. już przechodzę do rzeczy. Widzisz.. .. otóż.. ja... chłopaki... Twoje urodziny... prezent.. no wiesz...
 Patrzę na niego zdumiona. Nie.. z rana zdecydowanie nie mam w sobie dużych pokładów cierpliwości... posiadam za to niewyczerpalne źródło irytacji. Chłopak, widząc moje spojrzenie milknie i wyciąga zza siebie pakunek.
- Wszystkiego Najlepszego Lily... - podaje mi ostrożnie pakunek do rąk. O dziwo nie jest to zwykły prezent.
- To ..ciasto? Spoglądam na Jamesa zaskoczona. Chłopak wzrusza tylko ramionami i mamrocze:
- No.. kupiliśmy Ci.. wiesz.. taki prezent od Huncwotów i wgl...
Rozchylam ozdobny papier. Ciasto jest jeszcze ciepławe. Na wierzchu ktoś starannie wykaligrafował moje imię i ogromną 16. Poziom irytacji maleje, zastąpiony lekką radością. Nagle jednak coś sobie uświadamiam. To nie jest zwykłe ciasto. To nawet nie jest ciasto z cukierni. To jest DOMOWE ciasto. Ponownie spoglądam na siedzącego mi na łóżku chłopaka, który nerwowo przeciera szkła swoich okularów. Czyżby? Nie.. No po prostu.. Nie, gdyby koś mi kiedykolwiek powiedział, że James Potter piecze na pewno odesłałabym go po jakiś eliksir na głowę. Ale teraz.. jestem całkowicie pewna, że to on piekł ciasto ( na policzkach ma nawet całkiem uroczy rumieniec) a Huncwoci nie mieli z tym nic wspólnego. No ale nie powiem tego głośno bo i tak zaprzeczy. Wiem, rozczulam się ale.. nikt jeszcze nie zrobił dla mnie niczego tak słodkiego i uroczego, mogę więc sobie pozwolić na chwilę zapomnienia.  Po dość długiej chwili milczenia postanawiam w końcu się odezwać i rozładować atmosferę.
- No to skoro ciasto od najsłynniejszych chłopaków w Hogwarcie samo przyleciało mi przez okno, to niechybnie należy od razu je spróbować - sile się nawet na uśmiech po czym wypadam z pokoju. Serce trochę zbyt mocno mi bije. W domu panuje grobowa cisza. Schodzę pomału, żeby żadne nieostrożny ruch nie spowodował olbrzymiej katastrofy. W kuchni odnajduję duży kuchenny nóż, do ręki biorę jeszcze talerzyki i ponownie ruszam na górę. Mam mieszane uczucia. James Potter w moim domu. W moim pokoju. I to jeszcze na moim łóżku ! Na paluszkach pokonuję drogę na piętro i delikatnie odchylam drzwi do pokoju siostry. Na szczęście śpi głęboko. Przed wejściem do swojego pokoju wykonuję głęboki wdech aby choć trochę uspokoić swój oddech. Gdy otwieram drzwi zamieram. Podchodzę bliżej by sprawdzić czy mam rację. Śpi!! Wyciągnięty jak długi. W czarnej koszulce i spodniach. Z przekrzywionymi okularami i lekkim uśmiechem. I to na MOIM ŁÓŻKU. Nosz... Ponieważ mój pokój jest strasznie mały, a przez obecność na podłodze długich nóg Jamesa jeszcze mniejszy, jedynym miejscem gdzie mogę usiąść jest łóżko. Nawet ja mam jakieś resztki sumienia, a moją żelazną zasadą jest nie budzenie śpiących. (sama tego wręcz nienawidzę). Z dolnej części szafy wyciągam butelkę Piwa Kremowego.
W tort wsadzam małą świeczkę. i w ciszy myślę życzenie. Zdmuchuję świeczkę jednym szybkim wydechem. Wciąż czuję się nieswojo. Może by tak jednak złamać tę żelazną zasadę? Odkładam tort na bok i sięgam po okulary chłopaka, żeby nie doznały uszczerbku. Potrząsam lekko jego ramionami.
- Potter... wstawaj...nooooo...rusz się - syczę mu koło ucha
-Yhmmmm -mamrocze i mocniej wciska twarz w moją kołdrę. Wrrrrr...
-No rusz się! -staram się mówić ostrzej i mocniej potrząsam jego ramionami. I nic. Zero. Hmmm a może by tak.. Siadam na brzegu łóżka i nachylam się nad uchem chłopaka. Staram się żeby jednak mimo wszystko nie pobudzić domowników i jak tylko mogę, próbuję udać przerażony głos Petera.
- Filch!! Potter zerwał się gwałtownie a ja w tym momencie bardzo szczerze pożałowałam swojego pomysłu.  Rozległ się głuchy, ciężki plask. To byłam ja.
-Co jest ?! Gdzie ja jestem?! - denerwował się James na łóżku. To będzie ciężki dzień, a nawet się dobrze nie zaczął. Wstałam rozcierając obolałą głowę. Za parę godzin powinnam mieć tuż nad okiem śliczne limo.
-Ciiiiszej! Pobudzisz wszystkich!
-Lily?! Co ty tu robisz? Kurde nic nie widzę...
- Masz.. włożyłam mu w rękę jego okulary.
-Czekaj.. gdzie ja jestem..? - spytał rozglądając się już w okularach po moim pokoju.
Nie odpowiedziałam. Może jak sam sobie uświadomi gdzie jest to resztę też skojarzy. W sumie nawet nie musiałam zbyt długo czekać na (zbyt głośne jak na mój gust) "Aaaaa ".
- To co z tym tortem? - spytał już całkiem wesoło racząc mnie swoim wyszczerzem. W milczeniu  podałam podeszłam do komody i zaczęłam kroić ciasto. Pachniało całkiem przyjemnie. Na oko było czekoladowe, z jakimś...kremem chyba, i orzechami ...albo nie.... to raczej są chyba migdały.. i wiśnie?. No cóż zobaczymy. Podeszłam do łóżka z talerzykami z tortem i usiadłam po przeciwnej stronie Pottera podając mu talerzyk. O mało nie krzyknęłam i nie upuściłam ciasta, kiedy nasze palce się zetknęły. Pierścionek zapalił się. Nie dosłownie stanął w płomieniach tylko, nagle zrobił się niesamowicie gorący na parę sekund po czym powrócił do normalnej temperatury. Potarłam parę razy palcami o siebie i podniosłam rękę przed oczy. Niee nie miałam żadnych śladów. Nic się nie zmieniło. Opuściłam rękę i napotkałam zdumione spojrzenie Jamesa.
- Oh to przez pierścionek .. za ciasno przylega i palec mi zdrętwiał - wytłumaczyłam nerwowo. James uniósł brwi jeszcze wyżej.
- Evans.. ale ty przecież nie nosisz żadnego pierścionka. Oniemiałam.
-Jak to nie przecież... spojrzałam ponownie na swoją dłoń. A jeśli.. faktycznie go nie ma? Czytałam kiedyś o czymś takim. Tak jak czarodzieje ukrywają swoje magiczne przedmioty przed mugolami, że tylko magiczni moga je zobaczyć, tak podobno jest coś takiego, że tylko nieliczni lub wybrani mogą dostrzec jakiś konkretny magiczny przedmiot i chyba mam do czynienia właśnie z taką sytuacją.
- Eee tak, teraz nie.. ale miałam go wczoraj dosyć długo i ... no nieważne.. zacznijmy jeść !
Potter rzucił mi jeszcze jedno zdziwione spojrzenie, po czym utkwił swój wzrok w talerzu.
Jedliśmy w milczeniu. Nie wiedziałam za bardzo o czym by tu rozmawiać. W sumie to ... jakiś pierwszy raz jakiś pierwszy raz kiedy jestem z nim sama, i to na dodatek w małym pomieszczeniu. Zwykle kłócimy się albo ja go ignoruję.  
- Em.. jak tam chłopaki? -zadaję jedno z pierwszych pytań jakie przychodzą mi do głowy
- W porządku. Lunatyk siedzi w Szkocji u ciotki. Peter... Peter w sumie nie wiem gdzie teraz przebywa, no a Syriusz jest ze mną. - mówi wzruszając ramionami.
Znowu cisza. Cholera. No i co dalej?
- Dobre  to ciasto , przekaż chłopakom że bardzo dziękuję im za pamięć. No i podziwiam kunszt pani/pana cukiernika. Wyrazy uznania dla tak dobrej roboty.
Chłopak krztusi się i nerwowo łapie powietrze. Ok to było nie fair, ale.
- Serio? Naprawdę ci smakuje? - pyta z niedowierzaniem. Później rozmowa już bardziej się klei. Dowiaduję się, ze Syriusz mieszka u niego od początku wakacji. Rodzice Jamesa aktualnie udali się na wakacje na jakąś wyspę zostawiając chłopakom pusty dom. Całkiem miło się rozmawia.  Aż za miło biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze stosunki. Siedzimy tak do wpół do szóstej wcinając ciasto i opróżniając moje zapasy piwa kremowego, które zachomikowałam u siebie w szafie. Na ulicy pojawiają się pierwsze samochody, Świat wstaje do życia. Czas skończyć to poranne spotkanie.
- Swoją drogą Liluś... to kiedy dasz się zaprosić na randkę? - pyta przymierzając się do wyjścia przez okno.
-Zapomnij
-Akurat. Zobaczysz. Jeszcze kiedyś...
-Oh daj spokój, idź już sobie, no!
Będąc już za oknem Potter dodaje na odchodnym:
- Całkiem sexy ta twoja piżama, ale kupię Ci lepszą.. - i tyle go widziałam.
W tym momencie uświadomiłam sobie, że wczoraj kładąc się spać założyłam na siebie ... żółtą piżamę.. z misiem na koszulce i serduszkami na spodenkach. Cholera.

wtorek, 2 lipca 2013

Rozdział drugi.

Niewypał, porażka. Niedobrze mi na samo wspomnienie. Na przemian dostaję torsji i wybucham śmiechem wtulając twarz w poduszkę. Wieczór dłużył się niemiłosiernie. Atmosfera przy kolacji była nawet gorsza niż zwykle przy tego typu przypadkach. Nadąsana Petunia, zaniepokojona mama, tata, któremu również udzielił się nastrój żony,spocony, wyperfumowany chłopak Petunii, którego imienia nigdy nie jestem w stanie zapamiętać, oraz ja, udająca, ze mnie nie ma. Na domiar złego jeszcze skończyły się standardowe pytania jakie zwykle porusza się przy rozmowie. Tylko chłopak Petunii nie zauważył niczego dziwnego w tej atmosferze. Z lubością popatrywał na zastawiony smakołykami stół i przebierał po stole chudymi palcami. Najgorsze nastąpiło jednak później. Otóż zupełnie zapomniałam, o nierozgarniętej sowie Ann. Biedaczka dostała ją w prezencie na swoje ostanie urodziny od jednej ze swoich ciotecznych ciotek. Page (sowa Ann) jest właściwie małą włochatką o nieproporcjonalnej do reszty tułowia głowie i szarym upierzeniu. I właśnie z tą głową ma nielada problemy. Zupełnie zapomniałam, by na wieczór otworzyć okno do swojego pokoju - zwykle robię to po kolacji dziś jednak trwała ona zdecydowanie dłużej niż powinna. Tak więc w środku deseru, w momencie gdy atmosfera w pokoju była cięższa od wypełniającego je parnego powietrza, rozległ się donośny huk i odgłos uderzającego o podłogę szkła (jedna z szyb w moim oknie była pęknięta ) a następnie do środka pokoju wleciała, drąc się niemiłosiernie Page. Cóż, ten wieczór jeszcze długo będzie tkwić w mojej pamięci. W szczególności zaś obraz amanta mojej siostry, który w chwili gdy nadleciała Page akurat nabierał sobie na talerz (trzecią już tego wieczora) dokładkę ciasta brzoskwiniowego. Chłopak wrzasnął przeraźliwie na widok nadlatującego stworzenia i ... ku zdumieniu wszystkich zebranych, wziął swoją szklankę z lemoniadą i oblał biedne stworzenie. A no tak, zapomniałam jeszcze o jednej osobie. Petunia oczywiście dostała histerii i zaniemogła we wdzięcznej pozie na środku podłogi. W sumie może to i lepiej dla mnie i Page (jeszcze żyjemy). Tak więc siedzę znowu na łóżku,parę godzin przed swoimi szesnastymi urodzinami ( chociaż urodziłam się 30 stycznia, to datę otrzymania listu ze szkoły uważam za swoje nowe narodziny)  z mokrym, lepkim pierzastym stworzeniem na kolanach i staram się jakoś uspokoić znerwicowane stworzenie, które niemiłosiernie wbija się pazurami w moje uda. Page nie chce dać sobie pomóc. Od dawna mogłaby już cieszyć się wolnością i czystymi piórami, ale nie. Gdy w końcu przestaje się na chwile miotać udaje mi się ściągnąć z jej nogi przyczepioną wiadomość.
Liluś, Wszystkiego Najlepszego! 
Mnóstwo spraw do obgadania.
Wakacje super.
Cieszę się, że wkrótce Cię zobaczę.
Ann.
Koniec lipca a my za niedługo się spotkamy? Ciężko powiedzieć czy cokolwiek z tego rozumiem, ale taka już jest Ann. Pozornie skromna, skryta, niepozorna dziewczyna, prawie dziecko, a właściwie może aniołek ze jej długimi blond włosami, dużymi niebieskimi oczami i sarnim wzrokiem  może robić furorę wśród męskiej części społeczności. Jednak tak naprawdę jest jak huragan. Szybka, gwałtowna, czasem uciążliwa, ale mimo wszystko bardzo kochana i słodka. Nie wnikam w treść jej listu. Przywykłam do dziwnych wiadomości od niej. Poczekam aż zjawi się Dot - moja brązowa płomykówka , która ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu musi w tym roku mieszkać u Dorcas, gdyż Petunia odkryła, że jest silnie uczulona na sowy i wprost dusi się na sam ich widok. Może będzie przy okazji miała ze sobą jakieś wyjaśnienie od Jane lub Dorcas. Na co dzień,kiedy jestem tutaj nie martwię się zbytnio o właściwą opiekę Dorcas dla mojej sowy. Dot często mnie odwiedza wieczorami, zwykle by pochwalić się jakąś swoją zdobyczą. Jak przypuszczałam, wkrótce w moim pokoju zjawiła się mała, brązowa płomykówka, o dziwo jednak przyleciała w towarzystwie dwóch innych sów, małej ,ciemnobrązowej płomykówki, którą widziałam po raz pierwszy oraz dużego szarego puchacza, który jest ulubieńcem Jane.  Wszystkie trzy sowy miały przywiązane małe pudełeczka. Podeszłam do parapetu i z zza łóżka wyciągnęłam opakowanie sowiej paszy, które trzymam zawsze na wypadek pojawienia się głodnej Dot. Odwiązałam im pudełeczka i nasypałam trochę paszy na gazetę. Głodne sowy ochoczo z cichym pohukiwaniem przystąpiły do kolacji. Spojrzałam na ścianę naprzeciwko. Jeszcze tylko dziesięć minut. Dziewięć..pięć...trzy...dwie... Gdy rozległo się pierwsze uderzenie zegara pudełeczka na moich kolanach zaczęły drżeć jak małe zziębnięte zwierzątka. Wkrótce też zaczęły rosnąć aż zrobiły się tak duże, że ledwo mogłam je zmieścić na kolanach. Roześmiałam się cicho i zaczęłam powoli rozpakowywać prezenty.Pierwszy był od Jane. Długie, stylowe pióro, z zewnątrz wyglądało na całkiem zwyczajne, ale wiem, że jest to jedna ze sztuczek mojej przyjaciółki, która ma fioła na punkcie umagiczniania przedmiotów niemagicznych. Prócz pióra w pudełku znalazłam jeszcze trochę słodyczy z Miodowego Królestwa no i oczywiście kartkę urodzinową, prócz standardowego "Wszystkiego Najlepszego" znalazłam dopisek. " Nic co zwyczajne nie musi takim być . Funkcje pióra odkryj sama" Ok. na pewno się tym pobawię. Do rozpakowania zostały mi jeszcze dwie inne paczki. Następna, przyniesiona przez Dot wraz z paczką od Jane była od Dorcas. W środku pudełka znalazłam kartkę urodzinową oraz oprawiony w delikatną smoczą skórę z drobnymi łuskami , szkarłatno-zielony pamiętnik. a do tego książkę z zaklęciami '1000 i 1 przydatna magiczna sztuczka na każdy dzień". Na kolanach został mi już tylko jeden prezent. Było to małe, owinięte w buro szary papier pudełko, przewiązane sznurkiem. Zmarszczyłam brwi niepewna i zamyśliłam się. Zgodnie z coroczną tradycją, na swoje lipcowe urodziny dostawałam zawsze 4 prezenty. Od Ann, Dorcas i Jane a także od osoby, której jeszcze nie wspomniałam, a która w sumie jest stałym obiektem w moim życiu. Niechcianym obiektem. Otóż nie tylko Petunia ma amanta. Ja również mogę 'poszczycić się" , że wpadłam komuś w oko, i to na dodatek jednemu z najbardziej rozchwytywanych chłopaków w szkole. Generalnie nie byłoby tak źle. James Julius Potter według ogólnie przyjętych standardów jest całkiem przystojny, szczupły, z ciemnymi, wiecznie rozwichrzonymi włosami i szerokim uśmiechem potrafi podbić nie jedno damskie serce. Jednak za obiekt swych miłosnych podbojów wybrał mnie. Ok. Porównując Jamesa do chłopaka Petunii trafiłam zdecydowanie znacznie lepiej ale... to nie jest chłopak dla mnie. Nie odwzajemniam tej jego szczytnej, głębokiej miłości. Nie i już. Tak więc co roku dostaję potężne pudło z jakimś ekstrawaganckim prezentem i kartką urodzinową pełną buziaków i wyznań miłości. Gdzieś chyba nawet mam jego zdjęcie w ramce, które dołączył do kartki urodzinowej. Dziwne, ale jakoś nie wiem jak mógł wpaść na pomysł, że własne zdjęcie, jeszcze w takiej pełnej zadufania i samouwielbienia w sobie pozie, spodoba się 13 latce. Cóż, kto zrozumie facetów? Ponownie przyglądam się pudełeczku i potrząsam nim lekko. Coś obija się głucho o ścianki. Hmm.. miejmy nadzieję, że nie ma tam w środku woreczka z gazem miłosnym - najnowszego wynalazku jednego z wielu sklepów z miłosnymi akcesoriami. W sumie to trochę niepodobne do Pottera. Zwykle stara się by jego prezent wyróżniał się z tłumu innych ogromnym rozmiarem i wymyślnym opakowaniem. Ta paczka zaś jest mała i niezbyt zachęcająca. Pociągam powoli za sznurek i odwijam szary papier. W środku znajduję, owinięty w szmatę mniejszy pakunek i kawałek nadpalonego, splamionego pergaminu, który pokryty jest krzywym, chwiejnym pismem. Odkładam pergamin na łóżko i rozchylam szmatę. W środku znajduje się... broszka? Jest mała, wykonana z jakiegoś ciężkiego srebrnego metalu. Widać, że jest stara. Podnoszę broszkę w palcach. Metal jest to zimny to ciepły. Mrużę oczy i podnoszę przed nie przedmiot by się mu bliżej przyjrzeć. Nagle przedmiot ożywa. Przestraszona łapię gwałtownie powietrze i otwieram usta do krzyku. Nim jednak zdołam to zrobić broszka , a raczej to co przed chwilą nią było, ląduje na moim palcu i zmienia się w pierścionek, ciekną, drobną obrączkę na serdecznym palcu lewej ręki, z dwoma, małymi. połyskującymi zielonymi kamyczkami pośrodku. Gdy przyglądam się im bliżej mam dziwne wrażenie, że to co widzę nie jest prawdą, czuję, a właściwie podświadomie wiem, że nie powinnam się bać mojego węża. Zaraz.. węża? Nie wiem czemu ale nagle wydaje mi się, że to właściwe określenie. Że pierścionek, a wcześniej broszka przedstawia węża mimo iż z wyglądu wcale go nie przypomina. Nagle przypominam sobie o pergaminie, który wcześniej odłożyłam na bok. Nerwowo przebiegam wzrokiem krzywe, koślawe litery.

Dwa domy. Trzech dziedziców. Historia zapisana we krwi.
Przepowiednia mówi prawdę.
Strzeżcie się wrogowie dziedziców.
Nadchodzą ciężkie czasy.
Klęski.
Oczyszczenia .
Łaski.
Mam szczerą nadzieję, że to jakiś kawał. Może dziewczynom się nudziło? Może to kolejny super dobry, nowoczesny pomysł na niezawodny podryw?
A może jednak powinnam się bać?

poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział pierwszy



Jeśli myślisz, że w świecie magii  podczas wakacji nie ma czasu na nudę to się mylisz.Ewentualnie masz wyrozumiałych rodziców. Siedzisz w jakimś miłym wygodnym miejscu, daleko od domu, w miłym kurorcie ew. na wygodnej kanapie w salonie. Jenak kiedy jesteś mną to możesz się nudzić w wakacje, siedząc w dusznym pomieszczeniu wypełnionym cytrynowym  zapachem detergentów. Otoczony pustką i rozleniwieniem. Bez różdżki. Bez magii. Bez czegokolwiek co choćby stało koło czegoś z etykietką 'magiczne'. Tak. Możesz się nudzić gdy twoimi rodzicami są mugole. Nie żywię złości na rodziców. Zrozumieliby. Może po pewnym czasie dałoby się ich przekonać bym mogła trzymać magiczne przedmioty w swoim pokoju. Z pewnością mogliby do tego przywyknąć. W sumie czasem mam wrażenie, ze lubią tę część mnie, która wyróżnia mnie spośród 'innych'. Jest tylko jeden mały problem. Chociaż nie, w sumie nie taki mały. Chudy, kościsty, o ostrej szczęce potwór na długich chudych nogach z wiecznym grymasem na upudrowanej twarzy. Wiem, krew z krwi i tak dalej... ale jak tu żyć?! Jest jakaś siedemnasta, środek lata, duszno, parno, leje się z człowieka, wszystko z cztery razy sprzątnięte, wypucowane nic do roboty ,a ja nawet nie mogę w świetle słonecznym zbliżyć się, zanadto do szafki pod schodami, gdzie, na skutek donośnych protestów, szeregu omdleń i ataków histerii Petunii, zamknięto wszystkie moje ukochane, magiczne przedmioty. Każdy dzień od poranka do wieczora jest mordęgą. Tutaj, w mojej rodzinnej miejscowości nie ma dla mnie życia. Spokojnie, siostrzyczka dopilnowała już tego, by zupełnie nikt nie chciał zamienić ze mną choćby słowa. Na dworze jeszcze duszniej niż w domu. Tata pochrapuje na fotelu z najnowszym Time'sem. Mama pielęgnuje swoje rośliny w ogrodzie. Ja zaś zaklinam zegar i słońce, by zaczęły szybciej się poruszać. Jeszcze tylko trochę. Po zmroku wszystko jest fajniejsze. Szczególnie od momentu wypróbowania sztuczki ze spinką, mojej przyjaciółki Dorcas, na zamku od szafki pod schodami. Od tego momentu, życie stało się zdecydowanie ciekawsze. 
Słyszę trzask zamykanej furtki w ogrodzie.
Niedobrze... Moja doszczętnie mugolska , anty magiczna siostrzyczka wróciła. Czym prędzej łapię w ręce buty leżące obok kanapy i zaczętą wcześniej powieść i jak tylko mogę najciszej przemykam do swojego pokoju na piętrze. Do drzwi docieram w chwili gdy z dołu słyszę skrzekliwy głos swojej siostry uskarżającej się na zbyt niski stan swojego portfela - biedaczka może pozwolić sobie jedynie na trzy szafy ubrań.
Przekręcam cicho klucz w drzwiach i padam na łóżko. Materac ugina się, stare sprężyny mocno protestują. Wiercę się niespokojnie. Nie potrafię tak wysiedzieć.Wstaję po chwili. Rozglądam się po pokoju. Panuje w nim potężny rozgardiasz ale lubię to. Mój pokój jest moim azylem, jedyną przestrzenią w całym domu gdzie nie pachnie płynem do polerowania drewna ani jakimś cytrynowym paskudztwem. Kopnięciem przegarniam dywan i swoje rzeczy odsłaniając kawałek wysłużonego parkietu. Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal, nie? A czego oko Petunii nie widzi, przed tym histerii nie dostaje. Tak więc wkładam delikatnie palce w otwór w desce i pociągam lekko, Jedna, druga, trzecia i już... skarb Lily Evans widzi światło dzienne. Wiem, że powinnam być ostrożna ale... nudzi mi się. Z westchnieniem biorę do ręki plik listów od przyjaciółek, pudełko z cukierkami z Miodowego Królestwa i rozsiadam się wygodnie na twardej podłodze oparta o materac łóżka. Siedzę tak przeglądając stare fotografie z Hogwartu, wspominając jedne z najszczęśliwszych chwil w swoim życiu, które zmieniło się nie do pomyślenia w ciągu tych 5 lat odkąd dowiedziałam się kim naprawdę jestem. Leniwie przekładam w rękach utrwalone wspomnienia. W końcu uśmiecham się na widok zeszłorocznych kartek urodzinowych od swoich przyjaciółek : Dorcas, Ann i Jane. Trzech najwspanialszych , jakie kiedykolwiek miałam. Z oddali słyszę kroki na schodach. Najpierw słyszę ciężki galop Petunii i głośny trzask drzwi z pokoju obok a następnie spokojniejsze i wolniejsze kroki matki. Wrzucam szybko wszystko pod podłogę i nakładam deski. Mama zastaje mnie rozciągniętą na łóżku z książką w ręce. Zdaje mi się, że chce coś powiedzieć jednak zaciska tylko usta i z westchnieniem mówi:
- Przebierz się. Unoszę brwi do góry, wyrażając swoje zdziwienie. Spoglądam na swój strój. Luźna bluzka, stare jeansowe spodenki. Po chwili jednak już wiem. Mama nie dodaje nic więcej. Wystarczy mi jedno spojrzenie by się upewnić, ze moje przypuszczenia są właściwe. Na kolacji będzie obecny chłopak Petunii. Generalnie ciężko o nim cokolwiek powiedzieć, może prócz tego że jest...nijaki. Średni wzrost, średnia budowa, średnie wyniki, średnie zainteresowanie czymkolwiek. O cokolwiek by go zapytać zna już właściwą, nic nie mówiąca, prostą odpowiedź, a jego ulubioną odpowiedzią są stwierdzenia : ' owszem i w żadnym wypadku'. Nie muszę chyba mówić, że nie przepadam za gościem. Szczególnie, gdy widzę w jego małych, jasno niebieskich oczkach pogardę do wszystkiego co dotyczy mojej osoby. Czasem zastanawiam się, czy aż tak są zgodni z Petunią, czy też moja siostrzyczka naopowiadała mu jakieś ciekawe historyjki na mój temat. Z westchnieniem podnoszę się a nogi przeczesując palcami swoje rude loki. To był ciężki letni dzień, a zapowiada się jeszcze cięższy wieczór. Już teraz wiem, że ani nie dotrę przed północą do szafki pod schodami, ani nie przełknę niczego z kolacji. Jednak muszę się zjawić, siedzieć cicho i udawać, że nie istnieję.

***
W pomieszczeni panował półmrok. Woda leniwie kapała po skalnych ścianach lochu. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach wilgoci i pleśni. Słychać było tylko deszcz za oknem i kapanie wody oraz szybkie, nerwowe kroki na skalnej podłodze. Z mroku wyłoniła się czarna, wysoka postać w nasuniętej na głowie ciemnej pelerynie z różdżką w ręce, która nieco rozświetliła panujące ciemności swoim  mdłym, niebieskim światłem. Postać rozejrzała się nerwowo w koło , po czym pospiesznie odeszła dalej, aż natknęła się na duże, drewniane drzwi, całe mokre od wilgoci i lekko spróchniałe. Jedno stuknięcie różdżki wystarczyło by zamek kliknął głucho, a masywne drzwi stanęły przed nim otworem. Postać rozejrzała się ponownie i szybko weszła do pomieszczenia. Z korytarza dochodzą podniecone szepty. Postać przyspieszyła, wchodząc w bardziej oświetloną część korytarza.
- Jesteś, punktualność nie należy do Twoich zalet - rozległ się z mroku głęboki, kobiecy głos.
-Zamknij się Bel - oparła postać, częściowo skryta teraz w mroku.
- Skoro raczyłeś nas już zaszczycić swoją obecnością, to może powiesz, czy masz to o co cię prosiłam?
-Mam - odparła niechętnie postać. Z mroku rozległ się chichot kilku osób. Po chwili rozległ się męski głos z mroku.
-Cóż to, paniątko ogarnęły wątpliwości? - z oddali ponownie rozległ się śmiech, zwielokrotniony jeszcze przez echo,
-N-nie, ale ... Bel, a co jeśli Kastor miał rację? -postać zignorowała pozostałych zwracając się do kobiety w ciemnofioletowej szacie.
-Wujaszek Obłąkaniec? Nie żartuj sobie! Może i kiedyś był wybitnym czarodziejem, ale teraz... nawet matka nie chce go znać, widziałeś arras, czarna dziura ..tyle po nim zostało. Jego już nie ma dla naszej rodziny. Nie ważne co mówił. Wszystko to bzdury. Teraz liczy się tylko Lord. Co nam po legendach starego bajarza. W historii Slytherinu nie ma wzmianki o tym, opowieści Obłąkańca po prostu nie mogą być prawdziwe. Skup się na swoim celu braciszku.Lord będzie teraz twoim panem.
-Nie mamy jeszcze tatuaży Bel- Przypomniała postać z wyrzutem. - Ale ja to czuję Bel, nie ważne co mówią. Historia naszego domu może mieć dwie wersje. A jeśli ta druga jest choćby w połowie prawdziwa... będą kłopoty.
Witam,
Tematyka może niezbyt jasna na początek ale już wyjaśniam. Będę prowadzić przez najbliższy czas moja wersję historii ewolucji uczuć Lily Evans do Jamesa Pottera. Początkująca? - mało powiedziane. Ale liczę w duchu na swą wytrwałość oraz to, że komuś mimo wszystko moja wersja tej historii przypadnie do gustu. (Mimo iż temat wieje starością ze względu na to, że rozkwit zainteresowania  blogami o tej tematyce był zdecydowanie parę lat temu). No nic, myślę,  że póki co starczy wstępu. Zapraszam na pierwszy rozdział historii już wkrótce ;)

----
Chociaż może jeszcze dopiszę parę innych słów wyjaśnienia.
Zacznę od swojego nicka : Feministka... Jednym się spodoba, drugim nie... ale lubię to słowo. Nie oznacza to wcale, że gładzę męską część społeczności czy ciągle doszukuję się dyskryminacji kobiet ;) Fajnie brzmi i przylgnęło do mojego 'ja'.
Pomysł, czerpię z mojej fascynacji serią HP sprzed... 5-6 lat, w której moją szczególną uwagę przykuł motyw uczuć Lily i Jamesa. Wtedy też pisałam swojego pierwszego bloga. Nie był zły, ale pomysły były zbyt rozciągnięte, czasu zaczęło brakować i umarł śmiercią naturalną.
Od razu mówię, nie jestem humanistką. Nie mam wprawy w pisaniu (dlatego tez przy okazji chcę ją nabyć). Lubię książki. Głównie fantastykę, często też czytam romanse. Nie lubię różu. Wolę czarno białe barwy świata (ew. niesamowite zbiegi okoliczności). Tyle już starczy.